Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Poniosą historię w przyszłość

2018-11-07 08:52

Anna Gliwa
Edycja lubelska 45/2018, str. III

Paweł Wysoki
Rodzina Antoniego Deji: (od lewej) Jakub, Marcin, Jadwiga i Jacek Kamińscy

W ramach ogólnopolskiego projektu „Katyń… ocalić od zapomnienia” przed budynkiem II LO im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Świdniku został zasadzony dąb pamięci poświęcony Antoniemu Deji, aspirantowi policji zamordowanemu przez NKWD w kwietniu 1940 r.

Uroczystości 24 października rozpoczęła Msza św. w kościele pw. św. Józefa w Świdniku. Jak podkreślał proboszcz ks. Krzysztof Czerwiński, zadaniem kolejnych pokoleń jest ożywanie pamięci i dążenie do tego, by nigdy nie umarła prawda o polskich męczennikach, którzy zostali skazani na śmierć tylko dlatego, że byli Polakami. – Bóg jest miłością, ale też pamięcią, dlatego nie możemy zapomnieć o tych, którzy walczyli o naszą wolność. Ich ofiara stała się kamieniem milowym w drodze do niepodległości. Niech katyński dąb pomoże zachować pamięć o tych, dzięki którym mamy wolną Polskę – mówił ks. Czerwiński. Po Liturgii zgromadzeni przeszli do szkoły, gdzie zostało zasadzone drzewo pamięci. W spotkaniu uczestniczyli m.in. przedstawiciele wojewody lubelskiego, kuratora oświaty, Urzędu Miasta, Komendy Powiatowej Policji i Stowarzyszenia Rodzina Katyńska. Rodzinę zamordowanego policjanta reprezentował wnuk Jacek Kamiński z żoną Jadwigą oraz prawnuk Marcin z żoną Urszulą i synem Jakubem. Jak podkreślał dyrektor II LO Mirosław Król, pomordowani na Wschodzie nie byli bezimiennym tłumem, ale każdy z nich miał swoją rodzinę, dlatego spotkanie z potomkami bohaterów jest szczególnie cenne.

Zawsze na służbie

Jacek Kamiński, choć nigdy nie spotkał swojego dziadka, poznał go dobrze dzięki serdecznej pamięci, pielęgnowanej w rodzinie. Opowieść o życiu przedwojennego policjanta, jak i losach pozostawionej bez męża i ojca rodziny stała się dla zgromadzonych, a szczególnie młodzieży, wyjątkową lekcją historii.

Antoni Jan Deja urodził się w czerwcu 1896 r. w miejscowości Józefów-Zagórze; jako nastoletni chłopiec wyuczył się zawodu tokarza. W czasie I wojny światowej został wcielony do austriackiej żandarmerii polowej, w której pełnił służbę po ukończeniu szkolenia w Dęblinie. Tuż przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę, we wrześniu 1918 r., ożenił się z Natalią Nawrot. Rok później na świat przyszła ich córka Donata (matka Jacka), a w 1921 r. syn Wiesław. W wolnej Polsce Antoni najpierw służył w żandarmerii, obejmując kolejno posterunki w Sosnowcu, Modrzejowie i Ząbkowicach, a następnie – w odpowiedzi na apel Józefa Piłsudskiego o zgłaszanie się do pracy w urzędach państwowych – w 1924 r. wstąpił do Policji Państwowej. Oprócz pilnowania porządku w jego kompetencjach znajdowała się troska o stan sanitarny wsi; współpracował z wywiadem wojskowym w ramach likwidowania ruchu komunistycznego w policji. Za swoją pracę na rzecz ojczyzny otrzymał liczne odznaczenia, w tym szablę z dedykacją marszałka Piłsudskiego. Był na służbie aż do czasu dostania się do niewoli sowieckiej we wrześniu 1939 r.

Reklama

Ukryta prawda

Po wybuchu II wojny światowej Antoni Deja wyruszył na wojnę, zostawiając w domu żonę i dzieci. – Babcia Natalka długo czekała na powrót męża; z różańcem w dłoni wpatrywała się w okno, wierząc, że wróci. W czasie ich ostatniego spotkania obiecywał, że za dwa tygodnie będzie z powrotem w domu – wspominał Jacek Kamiński. Rodzina wiedziała, że w czasie wojny obronnej we wrześniu 1939 r. Antoni walczył w okolicach Tomaszowa Lubelskiego. Tam spotkał się ze swoim bratem, który ranny dostał się do niewoli niemieckiej. Po kapitulacji zamierzał przedostać się do Rumunii, gdzie internowany był jego drugi brat. Niestety, wpadł w ręce Sowietów i został osadzony w Ostaszkowie. Jak okazało się po latach, został stracony w Twerze 22 kwietnia 1940 r. – Przez długi czas nikt nie wiedział, co stało się z Antonim. Babcia wysyłała liczne pisma i zapytania do polskiego i szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, do rządu na uchodźstwie w Anglii, a nawet do Związku Radzieckiego. Niestety, ze wszystkich stron przychodziła ta sama odpowiedź: Nie znamy, nic nie wiemy. Jednak w rodzinie pojawiła się pogłoska, przekazywana w największej tajemnicy, że został zamordowany na Wschodzie. Oficjalne potwierdzenie o śmierci otrzymaliśmy dopiero w 1990 r. – mówił wnuk zmordowanego policjanta.

Chociaż Antoni Deja przez większość życia związany był z Zagłębiem, dąb katyński został posadzony w Świdniku. Czas i migracje sprawiły, że jego wnuk, depozytariusz rodzinnych pamiątek i tradycji, zamieszkał w Lublinie. – Ważne, by miejsce pamięci było tam, gdzie są bliscy, gdzie są młodzi. Mocno wierzę, że o moim dziadku będzie pamiętała nie tylko młodzież szkolna opiekująca się dębem, ale przede wszystkim moje dzieci i wnuki. Oni poniosą historię w przyszłość – podkreślał Jacek Kamiński.

Informacje i skany dokumentów o Antonim Deji i Polakach zamordowanych w 1940 r. na Wschodzie można znaleźć w zbiorach Muzeum Katyńskiego w Warszawie oraz na stronie www.muzeumkatynskie.pl

Tagi:
projekt dąb

Zakończył się projekt „W wolności pomagamy”

2019-01-08 12:01

Katarzyna Dobrowolska
Edycja kielecka 2/2019, str. VII

W.D.
Można się odnaleźć w różnych formach wolontariatu – przekonują wolontariusze

Wolontariat w Hospicjum im. Matki Teresy z Kalkuty w Kielcach, prowadzonym przez Caritas, sukcesywnie rozwija się. Wolontariusze podnoszą swoje kompetencje, uczestniczą w szkoleniach. W różny sposób w posługę chorym zaangażowanych jest czynnie przeszło czterdzieści osób. W minionym roku z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości Caritas Kielce razem z Caritas Polska realizowała projekt pt. „ W wolności pomagamy”. Projekt ten pomógł poszerzyć ofertę dla wolontariuszy. Środki na ten cel w kwocie 20 tys. zł przekazała Caritas Polska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019 300x300 nowy termin

Czy kremacja zwłok jest niezgodna z wiarą chrześcijańską? (2)

Ks. Krzysztof Graczyk
Edycja włocławska 31/2003

Na podstawie przedstawionej wcześniej nauki Kościoła trzeba stwierdzić, że chrześcijańska praktyka grzebania ciał ludzi zmarłych opiera się na prawdzie o integralnym odkupieniu nas przez Chrystusa Pana, który kiedyś wskrzesi ciała zmarłych i obdarzy je chwałą zmartwychwstania. Wyraźne stanowisko Kościoła zostało przedstawione w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, obowiązującym od 1983 r. Można więc na podstawie przepisów prawnych zawartych w tej kodyfikacji stwierdzić, że kremacja nie jest zabroniona, ale lepszy jest tradycyjny pogrzeb: "Kościół usilnie zaleca zachowanie pobożnego zwyczaju grzebania ciał zmarłych. Nie zabrania jednak kremacji, jeśli nie została wybrana z pobudek przeciwnych nauce chrześcijańskiej" (1176 § 3).
Patrząc przez pryzmat historii chrześcijaństwa, kremacja była wielokrotnie potępiana przez Kościół katolicki, ponieważ wiązała się z wiarą w to, że po śmierci wszystko się kończy. Mentalność ta uległa zmianie. I w obecnym czasie Kościół uznaje, że kremacja jest "dziś często pożądana, nie z powodu nienawiści wobec Kościoła lub obyczajów chrześcijańskich, ale jedynie z racji związanych z higieną, racji ekonomicznych czy innego rodzaju, w płaszczyźnie publicznej czy prywatnej" (Instrukcja Świętego Oficjum, a obecna nazwa: Kongregacja ds. Nauki Wiary, 1963). Innymi słowy można stwierdzić, że Kościół katolicki uznaje kremację, ponieważ pozwala ona zachować warunki higieny, zdrowia publicznego i stanowi rozwiązanie trudności z pozyskiwaniem terenów na cmentarze. Kremacja, pomijając motywacje natury ideologicznej, daje się pogodzić z wiarą chrześcijańską i formami pobożności związanymi z okazywaniem szacunku wobec ciała zmarłego: "Rzeczywiście, spalenie (kremacja) zwłok, jako że nie dotyczy duszy i nie przeszkadza Bożej Wszechmocy w odbudowaniu ciała, nie zawiera sama w sobie, ani nie przyczynia się w sposób obiektywny do zaprzeczenia tym dogmatom" (Instrukcja Świętego Oficjum, 1963), tj. zmartwychwstania ciał i nieśmiertelności duszy. Wymiar paschalny (śmierć i zmartwychwstanie) kremacji jest taki sam jak zwykłego pochówku (pogrzebanie) - to, co ulega przemianie w proch czy popiół, przeznaczone jest do zmartwychwstania. Zresztą nikt nie jest w stanie stwierdzić, że w momencie zmartwychwstania użyta zostanie ta sama materia, to samo ciało, które posiadamy w obecnym życiu. Dlatego też zmartwychwstanie nie będzie nowym początkiem starego sposobu istnienia, lecz nową rzeczywistością, nowym życiem.
Trzeba ostatecznie powiedzieć, że Kościół nie zabrania stosowania kremacji, ale poleca w dalszym ciągu pobożny zwyczaj grzebania ciał zmarłych, ponieważ posiada on pewne znaczenie, którego niestety pozbawia kremacja. I tak złożenie ciała w ziemi przypomina, że śmierć jest snem, w którym oczekujemy przebudzenia, i który jest związany ze zmartwychwstaniem. Ponadto trzeba podkreślić, że w języku biblijnym pogrzeb jest znakiem ludzkiej ograniczoności i przemijalności: "wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!" (Rdz 3, 19). I jeszcze w innym miejscu: "Wielka udręka stała się udziałem każdego człowieka i ciężkie jarzmo spoczęło na synach Adama, od dnia wyjścia z łona matki, aż do dnia powrotu do matki wszystkich" (tj. ziemi: Syr 40, 1). Bez ulegania pokusie dosłownej interpretacji Pisma Świętego przywołane powyżej fragmenty bardziej wskazują na pochówek niż na kremację.
Wielu ludzi pyta: Czy pochówek nie może być uważany za pozostałość przestarzałej mentalności lub pełnej przesądów i tylko zewnętrznej otoczki czci dla ciała zmarłego? Przecież po co czekać, aby nastąpił rozkład zwłok, gdy można osiągnąć ten sam stan poprzez ich spalenie (kremację)? Otóż trzeba mocno powiedzieć, że takie myślenie nadaje kremacji znaczenie ideologiczne, oczywiście inne niż to antychrześcijańskie i antyreligijne znane z przeszłości, ale zawsze nie do przyjęcia. Pochówek to wybór naturalności rozkładu ciała ludzkiego, ale to nie znaczy, że należy uważać go za naturalistyczny i irracjonalny. Chodzi tu przecież o ludzką wrażliwość i zwyczaj, który dla wierzącego posiada długą tradycję, uznawaną także dziś za rozsądną. Psychiczny opór ludzi wobec kremacji (wybiera ją mniejszość) nie może być traktowany jako opóźnienie rozwoju kultury w danym społeczeństwie. Należy szanować tych, którzy proszą o kremację, ale trzeba również nabrać dystansu wobec informacji na ten temat i wobec presji namawiania do jej stosowania. Ludzka i chrześcijańska pietas wymaga, by zarówno w przypadku kremacji, jak i pochówku szanowano zwłoki zmarłych, a obrzędy były otwarte na nadzieję zmartwychwstania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przewodniczący Episkopatu: atmosfera polityczna wymaga zmiany

2019-01-19 08:55

rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa (KAI)

Pomysł by Kościół podjął się obecnie roli mediatora to nonsens, bo taka propozycja powinna wyjść najpierw od polityków wszystkich partii - stwierdził w rozmowie z KAI abp Stanisław Gądecki. Zdaniem przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski trzeba realizować dobro wspólne w zupełnie inny sposób, tak z jednej, jak i z drugiej strony.

Eliza Bartkiewicz/episkopat.pl

Tomasz Królak (KAI): Księże Arcybiskupie, po zabójstwie prezydenta Adamowicza, sytuacja w Polsce jest napięta, pełna niepokoju. Co przewodniczący Episkopatu myśli o tym, co się stało?

Abp Stanisław Gądecki: – Sytuacja jest istotnie napięta. Dlatego trzeba też ważyć słowa, które się w takim momencie wypowiada. Z jednej strony trzeba koniecznie wyrazić żal, przede wszystkim wobec rodziny Zmarłego, ale także wobec gdańszczan, a zwłaszcza współpracowników zamordowanego Prezydenta. Morderstwo na tym szczeblu jest w Polsce precedensem. Innych ludzi „na świeczniku” może stąd ogarnąć uzasadniony niepokój.
Wiemy, że na świecie zdarzały się już nieraz podobne akty przemocy, których ofiarami – czasami śmiertelnymi – padali samorządowcy i politycy. Jest to zjawisko, które, niestety, z natury zagraża zaangażowaniu politycznemu, które zazwyczaj lubi wskrzeszać w ludziach silne emocje. Zdarza się, że ma to swoje oddziaływanie na osoby, które – bądź to najęte, bądź z własnej inicjatywy – czynią komuś zło, ponieważ jest ważną figurą publiczną.
Myślę też, że żaden, nawet najdoskonalszy system ochrony nie jest w stanie obronić człowieka na stanowisku przed atakami. Przypomnijmy sobie próbę zamordowania papieża Jana Pawła II czy atak na brata Rogera z Taizé, który został śmiertelnie kilkakrotnie ugodzony nożem przez chorą psychicznie osobę. Przy częstych wystąpieniach publicznych można ograniczyć niebezpieczeństwo ataku, ale nie można go całkowicie wyeliminować, chyba że przy każdym człowieku sprawującym publiczny urząd postawimy kilku ochroniarzy.
W sumie, wydaje się, że niewielu jest takich ludzi, którzy w sposób zupełnie świadomy i dobrowolny pragną czynić zło, krzywdzić innych ludzi i samych siebie, łamać normy moralne czy lekceważyć własne sumienie. Mimo to byli, są i będą tacy ludzie i takie środowiska, które promują złe, a w konsekwencji destrukcyjne sposoby postępowania.
Myśląc o tym, co się stało, chciałbym zwrócić uwagę na to, czym kończy się często lekceważenie formacji chrześcijańskiej. Agresor nie zna, albo nie traktuje poważnie historii Kaina i Abla (Rdz 4,8-12), w której jeden człowiek objawia swoją nienawiść wobec drugiego; staje się jego nieprzyjacielem. „Cóżeś uczynił? – mówi Pan Bóg. Krew brata twego głośno woła ku Mnie... Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie” (Rdz 4,10-11).
Morderca lekceważy piąte przykazanie Dekalogu, które zakazuje – pod grzechem ciężkim – zabójstwa bezpośredniego i zamierzonego. Zabójca i ci, którzy dobrowolnie współdziałają w zabójstwie, popełniają grzech, który woła o pomstę do nieba (Rdz 4,10). Piąte przykazanie zakazuje nawet podejmowania jakichkolwiek działań z intencją spowodowania pośrednio śmierci drugiej osoby.
Kara za ten czyn jest straszna. „Zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego” – uczy św. Jan w swoim Pierwszym Liście. Kto więc – przy pełnej świadomości – podejmuje się takiej zbrodni, niezależnie od tego, czy jego ofiarą jest prezydent czy bezdomny człowiek pod mostem, sam siebie – jeśli się nie nawróci – pozbawia życia przyszłego, które trwa wiecznie. Nie ma cięższej kary dla człowieka. I to należy podkreślić w pierwszym rzędzie.

- Co robić, by do takich ataków nie dochodziło, a przynajmniej ograniczyć możliwość podejmowanych prób?

- – Odpowiedź Kościoła brzmi: nawracać się, wracać do Ewangelii i zauważać to, czego Pan Jezus uczy cały czas swoich naśladowców, to znaczy pełnego miłości odnoszenia się do wrogów. To jest istota sprawy. Wszystko inne jest tylko pochodną. Najważniejsze jest Jezusowe przykazanie „miłujcie waszych nieprzyjaciół” (Mt 5,44). Nienawiść jest nie do pogodzenia z przesłaniem chrześcijańskim, z faktem bycia chrześcijaninem. Nie można godzić się z tym, by w narodzie chrześcijańskim niektórzy ludzie lekceważyli nakaz samego Chrystusa. Nawet jeśli zostałeś skrzywdzony, nie zwyciężaj zła złem, ale „zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21).
Wszystko inne jest tylko konsekwencją takiej postawy. Jest z nią nie do pogodzenia język pełen zawiści, zazdrości, niechęci a nawet nienawiści do drugiego człowieka. Nie chodzi tu jednak o eliminację tzw. „mowy nienawiści”, która jest pojęciem ideologicznym lewicy, służącym do zamknięcia ust przeciwnikom politycznym. Ci, który nawołują do walki z „mową nienawiści”, często sami stosują ją chętnie wobec swoich oponentów.
Sygnałem ostrzegawczym w tym względzie jest sytuacja, w której chrześcijanie stopniowo rezygnują z języka Ewangelii, a coraz częściej zaczynają posługiwać się ideologiczną, „poprawną” politycznie nowomową ateistów i liberałów. Chętnie podkreślają wtedy, że chrześcijaństwo to religia miłości i miłosierdzia, że Kościół jest dla grzeszników, że nie wolno nikogo oceniać ani potępiać. Zapominają natomiast o tym, że Jezus wzywa wszystkich grzeszników do nawrócenia, a swoim wyznawcom wręcz nakazuje iść i upomnieć każdego z błądzących braci czy sióstr. Chrześcijanie, którzy poddają się ideologicznym manipulacjom, miłość do człowieka zastępują akceptacją, a prawdę o jego postępowaniu zastępują sloganem o tym, że należy być tolerancyjnym. Konieczne jest zatem uczenie się języka Ewangelii, jedynego zdolnego wyrazić pełen szacunek dla drugiego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, wykształcenia, pozycji , kultury i wiary.

- Czy Episkopat zabierze głos odnoszący się do napiętej sytuacji w naszym kraju?

- – Od dawna jest przygotowywany w tej materii list społeczny. Na razie jest on w fazie konsultacji. Gdyby to ode mnie zależało, nie wydawałbym takiego listu w obecnej sytuacji, pełnej napięcia, żalu i rozgoryczenia i niegodnych prób wykorzystania tej śmierci dla celów politycznych. Potrzebna jest spokojna atmosfera, umożliwiająca spokojny i wyważony obiór takiego tekstu. Chcemy uniknąć też stawania po czyjeś stronie, nawet w zawoalowanej formie.

- Kilkanaście godzin po ataku nożownika oceniał Ksiądz Arcybiskup, że „kto inspiruje do wzajemnej walki, koniec końców przywołuje burzę”. Czy zatem uważa Ksiądz, że na sprawcę, który był chory psychicznie, mogła też oddziaływać fatalna atmosfera życia politycznego?

- – Na ile coś prawdziwego można wnioskować w oparciu o doniesienia medialne, to morderca mścił się za rzekome doznane krzywdy. Gdybyśmy jednak za krzywdę mieli uznać to, że złoczyńca zostaje ukarany za swoje zbrodnie i zamknięty do więzienia, byłoby to zaprzeczeniem sensowności istnienia samego prawa.
Czy to, co się stało w Gdańsku, jest wynikiem atmosfery politycznego sporu? Z pewnością atmosfera polityczna działa silnie na bezkrytycznych ludzi. Ale w tej chwili nie chodzi o diagnozowanie tego, czy i na ile atmosfera polityczna odegrała tu jakąś istotną rolę. Ważniejsza jest konieczność zmiany atmosfery. Ten proces trzeba zacząć od uderzenia się we własne piersi i przyznania się do winy, co powinno prowadzić do wyznania grzechów i zadośćuczynienia. Chodzi więc w sumie o realizowanie dobra wspólnego w zupełnie inny sposób, tak z jednej, jak i z drugiej strony.

- W liście Episkopatu z 2017 r. pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu” pada wyraźny apel o zmianę języka, co dopiero dziś stanęło w centrum społecznej refleksji. Biskupi postulowali „refleksję nad językiem” gdyż „miarą chrześcijańskiej i patriotycznej wrażliwości staje się wyrażanie własnych opinii z szacunkiem dla – także inaczej myślących – współobywateli (...)”. Z jednej strony pojawiają się apele o to, „aby Kościół coś powiedział” a jednocześnie zupełnie nie słucha się tego, co Kościół ma do powiedzenia, bo przecież te słowa nie wywołały wtedy praktycznie żadnej refleksji i nie przyniosły skutku...

- – Czasami politykom się zdaje, że to, co mówi Kościół jest tak ogólne, że aż całkiem nieistotne. Dlatego lekceważą głos Kościoła, jeśli nie dmie w ich tubę. Inni domagają się, by Kościół przyjął teraz rolę mediatora, aby zebrał wszystkie stronu sporu i usiłował je nakłonić do zmiany stanowiska. Uważam to za nonsens, bo taka propozycja powinna wyjść najpierw ze strony wszystkich partii. Dziś jednak te partie są tak skupione na sobie, że gdyby zmieniły swoją taktykę, straciłyby grunt pod nogami.

- Muszą grać to samo...

- – Nie są w stanie zmieniać swojej muzyki. Próby mediacji już bywały, na przykład abp Głódź próbował niegdyś godzić różne frakcje, ale z tego nic nie wyszło.
Jakakolwiek mediacja mogłaby być skuteczna tylko i wyłącznie wówczas, gdyby inicjatywa wyszła od samych zainteresowanych, którym zależy na pokoju ojczyzny. Jeśli na tym zależy mnie, jako przewodniczącemu Episkopatu, to jeszcze za mało.

- A jeśli politykom nie zależy, to wystawia im to chyba słabe świadectwo?

- – Jestem daleki od potępiania polityków, bo polityka to najpiękniejsza służba, jaką człowiek może oddać ojczyźnie. Każdy w swoim sumieniu powinien osądzić, co robi.

- Mieliśmy w przeszłości kilka takich momentów, np. po katastrofie smoleńskiej czy, zwłaszcza, po śmierci Jana Pawła II, gdy obiecywaliśmy sobie, że to nas zjednoczy, że nie może być tak, jak dotąd. Obecna atmosfera wzbudziła podobne nadzieje.

- – Hasła, w stylu „nigdy więcej” są komiczne. One starają się zaklinać rzeczywistość, ale nic nie wnoszą; są samouspokojeniem dla ich autorów.

- Ale czy to jest nasza, polska cecha?

- – Nie, podobnie jest wszędzie na świecie.

- Czy jednak jako przewodniczący Episkopatu zachowuje Ksiądz Arcybiskup nadzieję, że będziemy żyć teraz w bardziej pokojowej Polsce?

- – Nadzieję trzeba zachowywać zawsze, nadzieja umiera ostatnia. Trzeba przypominać historie polskiej niezgody. Wskazywać na jej konsekwencje i poruszać sumienia. O tym właśnie mówiłem w Świątyni Opatrzności podczas Mszy z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem