Reklama

Chełm - zasłużeni dla hospicjum

2018-08-07 11:52

Urszula Buglewicz

Archiwum hospicjum
ks. Andrzej J. Pyter i Tadeusz Boniecki

Stowarzyszenie Hospicjum Domowe im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego ma nowych honorowych członków. To najwyższe z możliwych wyróżnienie, jakim można obdarzyć osoby zasłużone dla tego hospicjum. Na wniosek zarządu, walne zebranie podjęło uchwałę o przyznaniu tytułu ks. kan. Andrzejowi Jacentemu Pyterowi oraz Dariuszowi Dudkowi.

Ks. Andrzej Jacenty Pyter jest proboszczem parafii pw. Świętego Ducha w Chełmie. Zachęca wiernych do wspierania hospicjum w różnych formach. Sam też zawsze chętnie wspiera nasze cele statutowe. Informuje o potrzebach hospicjum i pomocy, jakiej udzielamy chorym z terenu Chełma i okolic. Uwrażliwia na dobro czynione innym. To wielki i gorliwy kapłan, gotowy spieszyć z pomocą duchową osobom mającym różne problemy życiowe oraz ich rodzinom - informuje Tadeusz Boniecki, prezes Stowarzyszenia Hospicjum Domowe im. ks. kan. K. Malinowskiego. - Dariusz Dudek pracuje w PGE Obrót Lublin. Propaguje cele działalności hospicjum w kręgach biznesu. Jest zawsze chętny do wszelkiej pomocy i otwarty na różne propozycje współpracy. Dzięki wielkiemu zaangażowaniu pana Dariusza pozyskujemy środki na działalność. W swojej pracy zawodowej kieruje się zawsze dobrem drugiego człowieka. Jest wrażliwy i nieobojętny na los ludzi chorych i potrzebujących pomocy - dodaje Boniecki.

Archiwum hospicjum
Dariusz Dudek

Od chwili powstania w 2009 r. tytułami honorowych członków Stowarzyszenia Hospicjum Domowe im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego w Chełmie zostali wyróżnieni: ks. inf. Kazimierz Bownik, poseł na Sejm RP Grzegorz Raniewicz, Mateusz Siewielec, Danuta Zagórska - dyrektor Przedszkola Miejskiego nr 13 z Oddziałami Integracyjnymi w Chełmie, Grażyna Cetera - dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1 w Chełmie, ks. kan. Krzysztof Gromek, Krzysztof Zanussi - reżyser, Tomasz Szwed - muzyk i piosenkarz, Teresa i Krzysztof Giedz, Kinga Krawczyk - nauczyciel w II LO w Chełmie, Dorota Mądral i franciszkanin o. Maksymilian Wasilewski. Ponadto od powstania stowarzyszenia, zarząd hospicjum przyznał 23 tytuły „Przyjaciół Hospicjum” placówkom oświatowym, przedstawicielom mediów, firm, fundacji i osobom prywatnym.

Reklama

Stowarzyszenie Hospicjum Domowe im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego w Chełmie w ubiegłym roku swoją opieką objęło 145 chorych. Obecnie stale opiekuje się 25 chorymi zarówno z chorobami nowotworowymi jak i przewlekłymi. Specjalistyczną medyczną pomoc chorym zapewnia zespół hospicyjny, w skład którego wchodzi lekarz medycyny paliatywnej Alan Błotniak, pielęgniarka Aneta Ufnal, specjalista fizjoterapeuta Rafał Blicharz oraz psycholodzy: Tadeusz Ostrowski, Anna Pasieczna i Monika Korniejuk. Kapelanami hospicjum są: ks. kan. Krzysztof Gromek, ks. kan. Andrzej Majchrzak i ks. kan. Antoni Świerkowski. - Lekarz odwiedza chorych w domach dwa razy w miesiącu. Pielęgniarka oprócz asystowania przy wizytach lekarza jest obecna nawet codziennie u naszych chorych, również w dni świąteczne, oczywiście jeżeli tego wymaga sytuacja i zalecenia lekarza. Lekarz na miejscu wypisuje recepty oraz w miarę potrzeb wykonuje niezbędne zabiegi przy chorych. Jeżeli jest taka potrzeba, to zarówno chory jak i jego rodzina mają możliwość całodobowego kontaktu telefonicznego z lekarzem i pielęgniarką przez siedem dni w tygodniu. Natomiast fizjoterapeuta w domu chorego wykonuje zabiegi zlecone przez lekarza. Przy użyciu własnego sprzętu wykonuje zabiegi fizjoterapeutyczne takie jak: elektroterapia, laser, ultradźwięki i ćwiczenia oraz metody usprawniające - informuje Boniecki.

Przy Stowarzyszeniu Hospicjum Domowe im. ks. kan. Kazimierza Malinowskiego działają dwie grupy wsparcia. Samopomocową grupę wsparcia dla rodzin będących w żałobie od samego początku prowadzi Bożena Kudaruk. Od strony psychologicznej pomaga jej w tym Monika Korniejuk i Anna Pasieczna oraz w miarę potrzeb Tadeusz Ostrowski. Duchową opiekę nad grupą sprawuje ks. Krzysztof Gromek. Jedyną w Chełmie grupę wsparcia dla osób po przebytej chorobie nowotworowej prowadzi Renata Alwas oraz psycholog Monika Korniejuk. Nad tą grupą duchową opiekę sprawuje ksiądz kan. Andrzej Majchrzak i ks. kan. Antoni Świerkowski. Spotkania odbywają się raz w miesiącu. - Hospicjum prowadzi też bezpłatną wypożyczalnię sprzętu rehabilitacyjno - medycznego. W ofercie wypożyczalni jest 25 łóżek (w tym 19 elektrycznych), zakupionych za środki pozyskane z konkursów i akcji charytatywnych. Są też materace przeciwodleżynowe, ssaki medyczne, koncentratory tlenu, pompa infuzyjna, inhalatory, wózki inwalidzkie, krzesła toaletowe, krzesło prysznicowe i inne, lampa przeciwbakteryjna, chodziki, balkoniki, kule inwalidzkie, laski inwalidzkie oraz stół rehabilitacyjny pionowy (tzw. pionizator). Wszystko po to, aby chory mógł godnie żyć - podkreśla prezes hospicjum.

Tagi:
hospicjum

Biegnij, maszeruj dla hospicjum!

2018-07-30 17:39

Rozpoczęły się zapisy do Nocnego Biegu po Pszczynie dla biegaczy i uprawiających nordic walking.

Materiały prasowe

Na trasie − 6,7 km − na zawodników amatorów czekają atrakcje wizualne, które nadają imprezie niezwykłego charakteru i dostarczają wrażeń, stąd podtytuł biegu: „Lotanie po ćmoku”. Opłata rejestracyjna od uczestników jest przeznaczona na cel charytatywny − dokończenie budowy pierwszej części Domu Ojca Pio, którą prowadzi pszczyńskie hospicjum z myślą o pełnej, systemowej pomocy osobom chorym, osamotnionym, niesamodzielnym.

Trasa Nocnego Biegu prowadzi poprzez zabytkową zabudowę miejską oraz park rozciągający się wokół słynnego pszczyńskiego zamku. Na uczestników czekają świetlne niespodzianki, które mogą podziwiać, nie przerywając wyścigu. Ponieważ część trasy będzie oświetlona pochodniami, organizatorzy zalecają, aby biegacze i „kijkarze” zabrali ze sobą latarki czołówki.

Termin biegu to 13 października 2018 roku, godz. 19.00 w Pszczynie. Nordic walking wystartuje 10 min później. Start i meta imprezy − na pszczyńskim rynku.

Rejestracja uczestników odbywa się poprzez www.pomiar-czasu.pl.

Opłata startowa (od 30 do 50 zł w zależności od terminu wpłaty) jest w całości przekazana na budowę Domu Ojca Pio − kompleksu, w którym zaprojektowano działalność hospicjum stacjonarnego, hospicjum domowego, przychodnię specjalistyczną − w tym poradnię paliatywną − oraz ośrodek dziennego pobytu dla osób niesamodzielnych i noclegownię. Budowę zainicjowało i prowadzi Hospicjum św. Ojca Pio w Pszczynie, które działa nieprzerwanie od 19 lat, zapewniając profesjonalną pomoc medyczną, rehabilitacyjna i psychologiczną chorym w ostatnim etapie choroby nowotworowej.

Nocny Bieg po Pszczynie organizowany jest po raz trzeci.

Współorganizatorem biegu jest Hospicjum św. Ojca Pio i Burmistrz Pszczyny.

Bieg odbędzie się 13 października 2018 r. w Światowym Dniu Hospicjów i Medycyny Paliatywnej.

Zarówno w biegu, jak i nordic walking prowadzona będzie klasyfikacja generalna kobiet i mężczyzn. Na zdobywców i zdobywczynie trzech pierwszych miejsc czekają puchary i nagrody finansowe. Natomiast wszyscy zawodnicy otrzymają pamiątkowe medale.

Regulamin Nocnego Biegu po Pszczynie 2018 znajduje się na www.hospicjumOjcaPio.pl w zakładce „Przyłącz się”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy „bomba” wybuchnie w Dublinie?

2018-08-14 11:02

O Światowym Spotkaniu Rodzin z Costanzą Miriano rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 33/2018, str. 12-14

Costanza Miriano pochodzi z Perugii, ale mieszka w Rzymie. Pracuje w telewizji publicznej RAI; najpierw pracowała w dzienniku telewizyjnym „TG3”, a teraz zajmuje się informacją religijną w RAI oraz współpracuje z różnymi czasopismami. Ale – jak podkreśla – jest przede wszystkim żoną i matką czworga dzieci. Jest gorliwą katoliczką i nie ukrywa swoich uczuć religijnych ani w życiu osobistym, ani zawodowym. Należy do Komitetu „Brońmy naszych dzieci”, który organizował we Włoszech manifestacje Dzień Rodziny – „Family Day” . Wśród wielu zajęć Costanza Miriano znajduje jeszcze czas, by po nocach pisać książki, które budzą wiele emocji. Pierwsza, zatytułowana „Sposati e sii sottomessa”, stała się wydarzeniem nie tylko literackim we Włoszech i we wszystkich krajach, gdzie się ukazała. W Polsce nosi tytuł: „Wyjdź za mąż i poddaj się. Ekstremalne przeżycia dla nieustraszonych kobiet” (Wydawnictwo Esprit). Jest to seria oryginalnych, błyskotliwych, ironicznych i rozśmieszających do łez listów, w których Costanza pisze o miłości, małżeństwie i rodzinie. W Hiszpanii feministki i lewicowi politycy nie chcieli dopuścić do dystrybucji tej książki, gdyż – w ich opinii – „broni kobiecego podporządkowania” i jest „podżeganiem do przemocy wobec kobiet”; inni twierdzili, że „narusza konstytucję”. Dyskutowano na jej temat również w parlamencie hiszpańskim i próbowano przekazać sprawę jej publikacji do prokuratury. A przecież tytuł książki to po prostu słowa zaczerpnięte z Listu św. Pawła do Efezjan. Po tak gwałtownych reakcjach na pierwszą książkę autorka zdała sobie sprawę, że trzeba napisać kolejną, aby wyjaśnić kobietom, jak rozmawiać z mężczyznami. I tak powstała książka: „Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć” – w tym przypadku tytuł nawiązuje do innego fragmentu Listu: „A wy, mężowie, kochajcie żony z takim oddaniem, z jakim Chrystus pokochał Kościół. On oddał za niego życie...”. Pomimo ostrej krytyki feministek z różnych środowisk i ataków laickich mediów książki stały się bestsellerami – wydrukowano ok. 100 tys. egzemplarzy każdego z tytułów.
W parny letni ranek spotkałem Costanzę Miriano w rzymskim barze – tematem naszej rozmowy nie były jednak jej książki, ale zbliżające się Światowe Spotkanie Rodzin w Dublinie.

Włodzimierz Rędzioch
Costanza Miriano

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – W dniach 22-26 sierpnia br. odbędzie się IX Światowe Spotkanie Rodzin, tym razem w Dublinie w Irlandii. To ważne wydarzenie dla wszystkich, którym leży na sercu los rodziny we współczesnym świecie...

COSTANZA MIRIANO: – Od 1994 r. co trzy lata odbywają się Spotkania Rodzin, których pomysłodawcą był św. Jan Paweł II – to jedna z wielu proroczych idei Papieża z Polski. To właśnie wtedy ONZ wezwała do obchodzenia Międzynarodowego Roku Rodziny, a Kościół odpowiedział na to wezwanie, organizując Światowe Spotkania Rodzin, aby przedstawić światu swoją wizję rodziny. Oczywiście, nie są to spotkania, podczas których udzielana jest praktyczna pomoc rodzinom czy manifestuje się rodzinom bliskość Kościoła – to robi się (lub powinno się robić) na co dzień w parafiach i innych środowiskach kościelnych. Wynika to również z faktu, że zwykle w spotkaniach tych biorą udział rodziny już zaangażowane w działalność Kościoła i należące do różnych stowarzyszeń i organizacji.

– Jakie jest więc znaczenie Światowych Spotkań Rodzin?

– Moim zdaniem, główny cel tych spotkań jest zasadniczo komunikatywny: mają one być znakiem dla świata, propagowaniem idei dotyczących rodziny przez wypowiedzi wykwalifikowanych prelegentów oraz bogaty program. Oczywiście, media zazwyczaj nagłaśniają tylko niektóre, starannie wybrane słowa papieża. Ale dla milionów rodzin, które śledzą spotkania w domu, mają one wartość proroczego znaku.

– W tym roku jest Pani jednak zaniepokojona zbliżającym się spotkaniem, które odbędzie się w Dublinie. Dlaczego?

– Martwię się, ponieważ wśród prelegentów znalazł się ks. James Martin, jezuita, który będzie miał wykład zatytułowany – cytuję po angielsku – „Showing welcome and respect in our Parishes for «LGBT» People and their Families” (co można przetłumaczyć: „Okazywanie otwarcia i szacunku w naszych parafiach dla osób «LGBT» i ich rodzin”). Ten amerykański jezuita napisał książkę, w której twierdzi, że jeśli ludzie, którzy mają pociąg do osób tej samej płci, są nieszczęśliwi, to jest w tym wina Kościoła. Nie pisze o nadużyciach, których wielu z nich doznało; nie pisze, że akty homoseksualne są głęboko sprzeczne z ludzkim szczęściem, ale pisze o „złym” Kościele.

– Dlaczego uważa Pani, że Kościół nie powinien używać akronimu „LGBT”?

– Należy podkreślić, że akronim „LGBT” został wymyślony przez wojujących homoseksualistów. Ale oznacza to „przylepić etykietkę” człowiekowi w zależności od jego pociągu seksualnego, a to znaczy odebrać mu godność jako osobie, która jest i zawsze będzie czymś więcej niż popędem seksualnym. Człowiek to po prostu osoba i nigdy nie będzie osobą LGBT. Niepokojące jest to, że akronim „LGBT” po raz drugi pojawia się oficjalnie w kościelnym dokumencie.

– A kiedy użyto go po raz pierwszy?

– Po raz pierwszy użyto go na prośbę młodych w czasie opracowywania Dokumentu przygotowawczego Synodu Biskupów o młodzieży. Wydawało mi się to absurdalne, ponieważ ojcowie nie powinni zgadzać się ze wszystkimi szaleństwami swoich dzieci, ale powinni je korygować, aby dobrze wyrosły i były szczęśliwe. Tym razem jednak decyduje się go użyć ksiądz, czyli ktoś, kto powinien dobrze znać stanowisko Kościoła. A przecież Kościół nie jest jego, ale ma on depozyt wiary, który otrzymał i musi przekazać dalej.

– W takim razie – jakie mogą być konsekwencje obecności ks. Martina na Spotkaniu Rodzin w Dublinie?

– Przede wszystkim jest to policzek wymierzony milionom rodzin, które na co dzień zmagają się z wieloma problemami z powodu braku pracy lub wielkiego wysiłku, kiedy jest praca; które muszą stawić czoło ubóstwu czy problemom związanym z posiadaniem dziecka niepełnosprawnego; które walczą, by dochować wierności małżeńskiej, oraz z pokusą, by zrezygnować ze wszystkiego. Te rodziny, gdy wkrótce otworzą gazety, będą czytać tylko o wojowniczym kapłanie. Nic w nich nie będzie o pięknych świadectwach życia rodzinnego, o doświadczeniach pracy z „poranionymi” rodzinami, o całym ogromnym bogactwie mądrości, które Kościół może zaoferować w tej dziedzinie.

– Pani pracuje w mediach i dobrze wie, jak działają. Jak, według Pani, media wykorzystają obecność ks. Martina?

– Wiem dobrze, że kiedy jest jakaś konferencja czy oficjalna inicjatywa, media nigdy nie podają istotnych treści, uważanych za zbyt instytucjonalne i formalne. W żargonie mówimy: „przygotuj jakiś kawałek na marginesie”, czyli napisz coś, co nie dotyczy głównego tematu konferencji, bo to jest uważane za nudne, ale coś intrygującego, co może podnieść choćby minimalnie oglądalność lub zyskać jeszcze jedno kliknięcie „like”. Jest to choroba mediów i trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli w Dublinie jest ksiądz pro LGBT, to newsem dla gazet będzie on – kapłan, który nie zgadza się z katechizmem (mówi, że prowadzi do samobójstw!), a nie małżeństwo, które np. opowiada, jak wyszło z kryzysu albo jak pozostać razem, oddając serca Chrystusowi, czy jak staje się jednym ciałem, przeżywając tę wielką tajemnicę, o której Jezus mówi w Ewangelii. To samo stało się z papieskim dokumentem „Amoris laetitia” – dla ogromnej większości ludzi dwa paragrafy VIII rozdziału wymazały wszystko inne, bo ludzie, niestety, przestali czytać w całości dokumenty papieskie – listy, adhortacje apostolskie, encykliki.

– Kogo można winić za zaistniałą sytuację?

– Nie wiem. Ale wiem, że dla wielu ludzi ks. Martin nie był osobą mile widzianą i że doszło do „przeciągania liny”, by uniemożliwić zaproszenie go. Nie wiem, kto był zwolennikiem tego zaproszenia, chociaż mogę to sobie wyobrazić. Ale wiem, kto przegrał – straciły rodziny i straci także Kościół, tracąc wiarygodność, bo lobby LGBT nie ma nic wspólnego ze Spotkaniem Rodzin.

– W jaki sposób można pomóc rodzinie, w której jest osoba doświadczająca pociągu płciowego do osób tej samej płci?

– Po pierwsze, nie jest to temat Spotkania Rodzin. Tematem jest rodzina, a więc przede wszystkim relacje kobieta – mężczyzna i wychowanie dzieci. Już to wystarczyłoby jako temat spotkań, wykładów, konferencji i katechez, biorąc pod uwagę powszechny analfabetyzm w tej dziedzinie. A jeśli chcemy zająć się konkretnymi problemami dzieci – bo jeśli mówimy o homoseksualizmie, nie możemy mówić o parach, ale ewentualnie o rodzicach, którzy chcą pomóc swoim dzieciom – dlaczego zajmować się tylko tym problemem? Dlaczego nie pomóc rodzicom z dziećmi w stanie depresji, różnorodnie uzależnionymi (narkotyki, komputer, gry hazardowe itp.), z zaburzeniami odżywiania i ze wszystkimi innymi problemami związanymi z okresem dojrzewania? Ale jeśli naprawdę chcemy zająć się osobami tej samej płci, powinniśmy zaprosić stowarzyszenie „Courage” (www.couragerc.org), którego katolicki apostolat dotyczy tego specyficznego problemu i pomaga odkryć, w jaki sposób ta rana może doprowadzić do spotkania z miłością Bożą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Przed 40 laty wybrano Jana Pawła I - "uśmiechniętego papieża"

2018-08-21 14:58

Paweł Bieliński (KAI) / Watykan

Przed 40 laty - 26 sierpnia 1978 r. wybrano na papieża patriarchę Wenecji kard. Albino Lucianiego. Zmarł po 33 dniach zasiadania na Stolicy Piotrowej. Od razu po swym wyborze Jan Paweł I zdobył sympatię świata. Z przekrzywioną białą piuską na głowie i uśmiechem dziecka "bezradnie" rozkładał ręce w loggii Bazyliki św. Piotra, jakby chciał powiedzieć: "Zobaczcie, co mi zrobili". Włosi poufale nazywali go Gianpaolo. W listopadzie 2017 r. papież Franciszek ogłosił dekret o heroiczności jego cnót i tym samym do beatyfikacji „papieża uśmiechu” konieczne jest już tylko stwierdzenie autentyczności cudu za jego przyczyną.

wikipedia.org

Jako pierwszy w historii papież przyjął dwa imiona. Wytłumaczył się z tego nazajutrz po wyborze, w pierwszym przemówieniu do tłumów zgromadzonych na Placu św. Piotra: "Pomyślałem sobie: Papież Jan osobiście udzielił mi sakry biskupiej w tej tu bazylice św. Piotra. Następnie, choć niegodny, objąłem po nim katedrę św. Marka w Wenecji, w tej Wenecji, która jeszcze teraz pełna jest Papieża Jana. Wspominają go gondolierzy i zakonnice, wszyscy. Ale papież Paweł nie tylko kreował mnie kardynałem, ale na kilka miesięcy przedtem, na kładkach, na zalanym wodą placu św. Marka sprawił, że cały zaczerwieniłem się wobec 20 tysięcy ludzi, ponieważ zdjął stułę i nałożył ją na moje ramiona. Jeszcze nigdy się tak nie zaczerwieniłem! Z drugiej strony Papież ten przez 15 lat swego pontyfikatu nie tylko mnie, ale całemu światu pokazał jak kochać, jak służyć, jak pracować i cierpieć dla Kościoła Chrystusowego. Dlatego powiedziałem sobie: będę się nazywał Jan Paweł. Nie mam mądrości serca Papieża Jana, ani przygotowania i kultury Papieża Pawła, ale jestem na ich miejscu, muszę więc starać się służyć Kościołowi. Ufam, że będziecie mnie wspierać swoimi modlitwami".

Słowa te, przerywane burzliwymi oklaskami, bp Władysław Rubin, ówczesny sekretarz generalny Synodu Biskupów, nazwał "uczciwym przyznaniem się do swoich możliwości" i "świadectwem ogromnej pokory".

Przemówienie Jana Pawła I uderzało prostotą. Papieże zwyczajowo przemawiali używając w stosunku do siebie liczby mnogiej "my". Papa Luciani natomiast mówił jak ojciec do swych dzieci. Skądinąd po raz pierwszy od 75 lat - gdy katedrę św. Piotra objął św. Pius X, skądinąd także przybyły z Wenecji - papieżem został doświadczony duszpasterz. Luciani bowiem nigdy nie pracował ani w Kurii Rzymskiej, ani w papieskiej dyplomacji. Mówiono wręcz, że do Rzymu jeździł tak rzadko, jak to było możliwe... Obcy mu był kurialny savoir-vivre.

Biskup katecheta

Albino Luciano przyszedł na świat 17 października 1912 r. w Forno di Canale - górskiej wiosce położonej w Dolomitach na północy Włoch. Pochodził z ubogiej rodziny. Jego ojciec w poszukiwaniu pracy jeździł za granicę jako sezonowy robotnik, a w końcu zatrudnił się przy produkcji szkła w Wenecji. Był socjalistą i antyklerykałem, toteż gdy syn oznajmił mu, że zostanie księdzem, z trudem zaakceptował jego decyzję.

Już jako dziecko Albino bardzo dużo czytał, głównie literaturę włoską, francuską i angielską. Uwielbiał zwłaszcza książki Charlesa Dickensa.

Po święceniach kapłańskich, które przyjął w Belluno 7 lipca 1935 r., Albino został wikariuszem w swej rodzinnej wiosce, a następnie w pobliskim Agordo. To tam zdobywał pierwsze doświadczenia katechetyczne - dziedzina ta stałą się jego pasją na całe życie. W wieku 25 lat ks. Luciani był już wicerektorem seminarium duchownego w Belluno. Wykładał tam też teologię dogmatyczną i moralną, prawo kanoniczne i sztukę sakralną. Podjął też zaoczne studia na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, zdobywając w 1947 r. doktorat z teologii dogmatycznej. Pisał o pochodzeniu duszy ludzkiej według Antonio Rosminiego - XIX-wiecznego teologa, którego publikacje długo znajdowały się na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych.

Odtąd powierzano mu coraz poważniejsze obowiązki w diecezji Belluno. Był wicekanclerzem kurii biskupiej, sekretarzem synodu diecezjalnego, zastępcą wikariusza generalnego, wikariuszem generalnym. Kierował też wydziałem katechetycznym kurii, co zaowocowało wydaniem dwóch książek: "Catechesi in briciole" (1949), którą wielokrotnie wznawiano, i "Nuovo briciole di catechetica" (1961), zawierającą praktyczne wskazówki dla duchowieństwa.

Mianowany w grudniu 1958 r. biskupem Vittorio Veneto poświęcił się pracy duszpasterskiej i katechetycznej. Gdy przedstawiono mu kandydaturę Lucianiego, Jan XXIII miał powiedzieć: "Znam go. Ten człowiek sprawi mi radość". Sam Luciani wspominał o swych kontaktach z Roncallim: "Kilkakrotnie podróżowałem z nim koleją, ale wówczas to on najczęściej mówił.."..

W dniu konsekracji biskupiej Jan XXIII przeczytał Lucianiemu fragment książki Tomasza á Kempis "O naśladowaniu Chrystusa": "Mój synu, próbuj postępować raczej zgodnie z wolą innych niż swoją. Zawsze staraj się posiadać mniej niż więcej. Zawsze wybieraj najskromniejsze miejsce i dąż do tego, by mniej znaczyć niż wszyscy inni. Zawsze zmierzaj ku temu i módl się o to, by w twoim życiu całkowicie urzeczywistniała się wola Boga. Przekonasz się, że człowiek, który bierze sobie to wszystko do serca, będzie poruszał się po krainie ciszy i pokoju". Młody biskup wziął sobie te zachęty do serca i wcielił w życie.

Często porównywano go z Janem XXIII: "Było tak, jak gdyby papież Roncalli był w tej diecezji i pracował z nami. Podczas posiłków gościł u siebie zazwyczaj dwóch lub trzech księży. Nie potrafił po prostu inaczej, jak tylko dzielić z innymi to, co posiadał oraz siebie samego. Zdarzało się, że bez zapowiedzi odwiedzał chorych lub kalekich. W szpitalu zawsze pojawiał się nieoczekiwanie, przybywał nagle na rowerze lub w swoim starym samochodzie; swojemu sekretarzowi polecał czekać na zewnątrz i czytać dokumenty, a sam wizytował pokoje chorych. W chwilę później pojawiał się w górskiej wiosce, by z tamtejszymi księżmi przedyskutować określony problem". Najczęściej nosił zwykłą, czarną księżowską sutannę.

Uczestniczył w obradach Soboru Watykańskiego II, które relacjonował w listach do księży. Nie był jednak

jego aktywnym uczestnikiem, raczej przysłuchiwał się dyskusjom i zawierał przyjaźnie z biskupami z całego świata. "Sobór przeniknął do jego ciała i krwi. Znał na pamięć dokumenty. Co więcej, wyciągał z nich praktyczne konsekwencje" - wspomina jeden z ówczesnych współpracowników Lucianiego.

W grudniu 1969 r. został patriarchą Wenecji, a trzy lata później wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch. W tym samym 1972 r. jego gościem w Wenecji był papież Paweł VI. W swoim domu przyjmował wszystkich, którzy przychodzili. Troszczył się o los ubogich, podejmując liczne akcje charytatywne. Dużo szumu wywołał jego apel do księży, by sprzedali kościelne kosztowności, aby wesprzeć ośrodek dla upośledzonych. "Mierząc w kategoriach finansowych - pisał - niewiele to wyniesie, ale może będzie to miało jakąś wartość, jeśli pomoże zrozumieć ludziom, że prawdziwymi skarbami Kościoła, jak powiedział św. Wawrzyniec, są biedni i słabi, których trzeba wspierać nie okazjonalną jałmużną, lecz dopomaganiem im w stopniowym osiągnięciu owego standardu życia i owego poziomu kultury, do jakich mają prawo". Baczną uwagę zwracał na robotników, organizując dla nich duszpasterstwo. W marcu 1973 r. został kardynałem.

Ludzie, którzy zetknęli się z Lucianim powtarzali, że już sama myśl o nim nastrajała pogodnie, uśmiechali się, ich twarze odprężały się i nabierały łagodnego wyrazu. Mówiono o nim: pobożny, świątobliwy, pokorny, ubogi, człowiek o pozytywnym nastawieniu do świata. Od dziecka wprost "pożerał" książki. Uwielbiał zwłaszcza powieści Charlesa Dickensa. Mówił po niemiecku, francusku, portugalsku i angielsku. Dużo podróżował, nie tylko po Europie; był także w Brazylii i Afryce - jeszcze jako biskup Vittorio Veneto nawiązał partnerstwo z diecezją Kiremba w Burundi. Wśród jego znajomych byli nie tylko katoliccy hierarchowie (m.in. kard. Karol Wojtyła), lecz także niekatolicy (m.in. sekretarz generalny Światowej Rady Kościołów Philip Potter) i niechrześcijanie. Z niepokornym teologiem Hansem Küngiem wymieniał listy i książki.

Zanim został papieżem najbardziej znany był jako... publicysta. Często ogłaszał artykuły w weneckim "Il Gazettino". Dla "Messagero di Sant'Antonio" napisał cykl listów do sławnych postaci z przeszłości (króla Dawida, Hipokratesa, św. Teresy z Lisieux, Carla Goldoniego itp.), a także do... postaci literackich (np. do Cyrulika Sewilskiego i do "czterech jegomościów z Klubu Pickwicka"), poruszając aktualne problemy współczesności. Pisał o życiu rodzinnym, związkach zawodowych, narkomanii, przemocy, nauce, sztuce. Teksty te złożyły się na książkę "Ilustrissimi" (po polsku wydano ją jako "Listy do sławnych postaci").

"Niebezpieczeństwo"

Gdy 6 sierpnia 1978 r. zmarł Paweł VI grupa znanych teologów opublikowała ogłoszenie: "Poszukuje się przepełnionego nadzieją, świątobliwego człowieka, który potrafi się śmiać. (...) Podania (...) prosimy kierować do kolegium kardynalskiego w Watykanie".

"Trudno będzie znaleźć właściwą osobistość, która mogłaby poradzić sobie z (...) licznymi problemami, stanowiącymi naprawdę ciężkie brzemię - pisał Luciani w przeddzień konklawe do swej siostrzenicy. - Na szczęście mnie nie grozi to niebezpieczeństwo". Konklawe rozpoczynało się w sobotę, a już na wtorek zamierzał wracać do Wenecji.

Jednak to właśnie on został wybrany papieżem 26 sierpnia 1978 r., po konklawe trwającym zaledwie jeden dzień. Ostatni raz tak szybko wybrano następcę św. Piotra w 1939 r., gdy został nim Pius XII. Niezwykła jednomyślność kardynałów była tym bardziej zaskakująca, że po raz pierwszy Biskupa Rzymu wybierało konklawe tak liczne: aż 111 kardynałów (spośród 114 uprawnionych) było obecnych w kaplicy Sykstyńskiej. Nie przybyli jedynie trzej chorzy: kard. Valerian Gracias z Indii, kard. John Wright z USA i kard. Bolesław Filipiak z Polski. Kardynałowie pochodzili z kilkudziesięciu państw z wszystkich kontynentów. Spodziewano się więc, że konklawe będzie trwało długo, gdyż dojdzie do konfrontacji kultur i konieczne będą kompromisy. Tymczasem - jak napisali nazajutrz polscy kardynałowie: Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński w wydanym w Rzymie komunikacie - "dokonany w ciągu jednego dnia wybór Papieża jest widomym znakiem Opatrzności Bożej. Objawił się w nim «dar jedności w Duchu Świętym», o który Kościół prosi na początku Mszy św."..

A oto jak sam Papież wspominał te wydarzenia w swym pierwszym przemówieniu: "Wczoraj rano poszedłem spokojnie do Kaplicy Sykstyńskiej na głosowanie. Nigdy mi do głowy nie przyszło, że stanie się to, co się stało. Jak tylko zbliżyło się w moją stronę niebezpieczeństwo, dwóch siedzących obok mnie kardynałów zaczęło mi szeptać słowa otuchy. Jeden z nich powiedział: «Odwagi! Jeżeli Pan nakłada ciężar, to i da siły do niesienia go». Drugi natomiast: «Nie obawiaj się! Na całym świecie tylu ludzi modli się za nowego papieża». Przyszedł moment: przyjąłem". Niedługo potem zwierzał się w prywatnym liście: "Nie wiem, jak to się stało, że przyjąłem wybór. Dzień później już tego żałowałem, ale było za późno".

Pierwsze chwile nowego Papieża ujawnił kard. Alexandre Renard z Lyonu: "Kiedy Duch Święty przemówił ustami zgromadzonych na konklawe, on po prostu powiedział: tak. Nie zaczął płakać, nie był zmieszany. Powiedział: przyjmuję imiona Jana i Pawła, by kontynuować dzieło moich poprzedników". "Szukałem tego, który wydawał mi się najlepiej odpowiadać potrzebom dzisiejszego świata" - tłumaczył głosowanie na Lucianiego kard. François Marty z Paryża. Francuscy kardynałowie dostrzegli w patriarsze Wenecji "pokorę, łagodność, ducha nadprzyrodzonego, ale także odwagę". "Wiemy, że będzie on zarazem stanowczy i otwarty, przyjazny dla wszystkich, ale zwłaszcza - on, syn robotnika - dla biednych i maluczkich" - napisali w oświadczeniu wydanym po konklawe. Kard. George Basil Hume nazwał Jana Pawła I "kandydatem Boga".

Jego wybór został powitany z radością także poza kolegium kardynalskim. "Jestem przekonany, że Bóg dał nam we właściwej godzinie papieża, którego powinniśmy mieć" - wyznał na wieść o wyborze swego przyjaciela Dom Helder Camara. Rzecznik prymasa Kościoła anglikańskiego oznajmił: "Celem Kościoła anglikańskiego jest, abyśmy się mogli pewnego dnia zjednoczyć z Kościołem katolickim. Mamy nadzieję, że dzień ten nadejdzie szybko, dzięki wyborowi kardynała Luciani". Niezadowolony był jedynie krytyk Soboru Watykańskiego II abp Marcel Lefebvre: "Wybrał imię Jana Pawła i jeśli to imię świadczy, że zamierza kontynuować dzieło Jana XXIII i Pawła VI, to wyznaję, że nie jest to dla nas dobry znak".

Kard. Luciani nie był uważany za faworyta do sukcesji po Pawle VI. W gronie papabili wymieniał go jedynie pewien hiszpański dziennik i polski tygodnik "Perspektywy", zaś włoskie gazety - jak sam żartował - umieszczały go "najwyżej na liście C". "Jakoś ukrył go Pan Jezus i ochronił przed tym całym hałasem i rejwachem prasy włoskiej i światowej, przed tym przetargiem i przelicytowywaniem się poszczególnych dziennikarzy" - komentował na gorąco kard. Wojtyła wychodząc z konklawe.

Boży meteor

Bożym meteorem nazwał Jana Pawła I jeden z jego biografów. Po 33 dniach jego pontyfikatu Kościół nie mógł już być taki jak przedtem. Nadał papiestwu nowy styl. Przede wszystkim zrezygnował z koronacji tiarą, zastępując ją Mszą św. inaugurującą pontyfikat, w czasie której, tak jak każdy metropolita (a papież jest metropolitą rzymskiej prowincji kościelnej), włożono mu na ramiona wełniany paliusz. Potrójna papieska korona oznaczała m.in. świecką władzę papieży nad światem. Rezygnując z tiary Jan Paweł I wyrzekł się tym samym jakiejkolwiek innej władzy poza duchową. "Monarcha zmienił się w pasterza" - komentowano.

Na pierwszą audiencję ogólną przyszedł piechotą. Postanowił zrezygnować z noszenia w sedia gestatoria - tronie-lektyce, którego używali jego poprzednicy. Jednak wkrótce uległ namowom otoczenia i na kolejne audiencje dawał się wnosić, aby mogli go widzieć zgromadzeni wierni.

Tym, co najbardziej odróżniało Jana Pawła I od swych poprzedników był sposób mówienia. Przemawiał językiem, który ludzie rozumieli. Często improwizował, używając mało teologicznych, za to chwytliwych medialnie sformułowań. Polemizował z twierdzeniem: Ubi Lenin, ibi Jeruzalem. O Bogu powiedział, że jest nie tylko naszym Ojcem, ale także Matką. Duszę porównał do silnika samochodu, a modlitwę do używania mydła. O św. Pawle mówił, że gdyby żył w dzisiejszych czasach, byłby szefem agencji Reutera i starałby się o czas antenowy w telewizji. Słynne były jego rozmowy podczas środowych audiencji ogólnych z chłopcami z watykańskiego chóru, przypominające szkolną katechezę. Cytował Marka Twaina, mówił o Pinokiu...

W swym programowym orędziu wygłoszonym nazajutrz po wyborze Jan Paweł I przypomniał, że podstawowym obowiązkiem Kościoła jest ewangelizacja, czyli głoszenie orędzia zbawienia. Chciał, aby prowadzili ją "wszyscy synowie Kościoła". Upatrywał w niej ratunku dla świata spragnionego miłości i prawdy. "Różnica między księdzem parafialnym w Canale a mną polega tylko na liczbie wiernych, ale zadanie jest to samo: przypominanie Chrystusa i jego przesłania" - powiedział kiedyś. W październiku chciał to przesłanie przypominać w Meksyku, przed Bożym Narodzeniem zamierzał udać się do Libanu.

Jan Chrzciciel?

Zmarł niespodziewanie 28 września 1978 r. Tak niespodziewanie, że zaczęto tworzyć scenariusze o spisku na życie Papieża, który został otruty, gdyż chciał wprowadzić śmiałe reformy: zezwolić katolikom na antykoncepcję, poprzeć teologię wyzwolenia, przeciąć niejasne powiązania watykańskich finansistów z mafią itp. Jednak nawet ówczesny komunistyczny ambasador PRL w Rzymie Kazimierz Sidor nazwał te teorie "absurdalnymi supozycjami". To raczej "schorowane serce nie podołało ciężarowi obowiązków wikariusza Chrystusowego". W podobnym duchu wypowiadał się długoletni rzymski korespondent PAP Zdzisław Morawski: "Nie brak było w Rzymie głosów, że jedną z przyczyn przedwczesnego i niespodziewanego zgonu było stałe napięcie, w jakim żył od chwili wyboru na papieża ów skromny człowiek, czujący, że problemy, którym musi stawić czoła jako najwyższy zwierzchnik Kościoła uniwersalnego, przerastają jego możliwości". "Gdybym wiedział, że pewnego dnia zostanę papieżem, więcej bym się uczył" - miał powiedzieć Papa Luciani do swej bratanicy.

Ktoś napisał, że Jan Paweł I miał powołanie Jana Chrzciciela: przygotował drogę papieżowi znad Wisły.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem