Reklama

Historia

Tam zabili kawał naszej Polski

Wraz z okupacją sowiecką Polski rozpoczęły się represje wobec Polaków. Mordowano ich bądź wywożono do Związku Sowieckiego. Podobnie jak w czasie zaborów, rozbudzano na nowo stare narodowe niezgody. Wkrótce też nasiliła się wrogość Ukraińców wobec Polaków, których uważali oni za jedną z głównych przeszkód w odzyskaniu niepodległej Ukrainy. Doszło do pierwszych mordów polskich rodzin. Jednak główne akcje przeciwko Polakom organizacje ukraińskie OUN i UPA rozpoczęły podczas niemieckiej okupacji RP w latach 1941-45.

Według szacunków historyków ukraińskiego ludobójstwa - Ewy i Władysława Siemaszków, Ukraińcy na przestrzeni lat 1939-47 zamordowali ponad 200 tys. Polaków, a także setki Ukraińców ukrywających swoich polskich sąsiadów. Zamordowano również tysiące Żydów. Rzezi dokonano w blisko 5 tys. miejscowości na terenie 4 województw: lwowskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego i wołyńskiego. Do mordów dochodziło również po wojnie (Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia: 1939-1945”).

Rzeź w dniu prawosławnych świąt

Jedną z pierwszych masowych zbrodni, jak odnotowują historycy, był mord w Parośli na początku lutego 1943 r. Zamordowano tam, w ciągu kilku godzin, 173 osoby. Przeżyło 12 osób, wśród nich kilkoro rannych dzieci. Pod koniec kwietnia w miejscowości Janowa Dolina, również w ciągu kilku godzin, zamordowano 600 osób. Zabijanie rozpoczęto w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Z końcem maja śmierć poniosło 170 osób w wiosce Niemodlin. Z kolei w sierpniu w Woli Ostrowieckiej zamordowano ponad 500 osób, w tym 200 dzieci.

Do największych zbrodni doszło 11 lipca 1943 r., w dniu prawosławnych świąt Piotra i Pawła. Wówczas to Ukraińcy zaatakowali o tej samej godzinie mieszkańców 99 miejscowości. Jednego dnia zginęło kilkanaście tysięcy osób. Historia nazywa ten dzień „wołyńską krwawą niedzielą”. Ukraińcy wybrali niedzielę i atakowali wsie i miasteczka, kiedy najwięcej mieszkańców szło na nabożeństwa. Mordowali w kościołach bądź pod świątyniami. I tak m.in. w miasteczku Porycko Ukraińcy wrzucili i zdetonowali pocisk artyleryjski podczas nabożeństwa. Zginęło wówczas ponad 100 osób. W niespełna godzinę Ukraińcy zabili na terenie samego miasteczka jeszcze blisko 300 osób. W Chrynowie w kruchcie ustawiono karabin maszynowy, zabijając w kościele ponad 100 osób. Poza tym zamordowano jeszcze ponad 50.

Reklama

Ginęli dorośli i dzieci. Świeccy i księża. Palono żywcem. Zabijano widłami. Siekierami. Nabijano na pal… Historycy wyliczają blisko 150 sposobów bestialskiego mordowania.

Niszczono zresztą nie tylko ludzi, również dorobek ich życia. Majątki Polaków rabowano, zabierając nawet ubrania pomordowanych. Domy i obejścia palono. Także sady. Dziś po kilkuset polskich wioskach nie ma nawet śladu. Ukraińcy zrównywali je z ziemią, chcąc zatrzeć ślady ludobójstwa. Jednak w rzeczywistości - jak dziś mówią o tym zwolennicy OUN i UPA - „by zatrzeć ślady obecności Lachów na ukraińskiej ziemi”.

Ukraińscy sąsiedzi

Blisko 90-letni dziś Zygmunt Maguza w czasie najazdu ZSRS na Polskę miał 14 lat. Mieszkał z rodzicami i młodszą o 3 lata siostrą na wołyńskiej kolonii w Chrynowie. Ojciec walczył przeciwko bolszewikom, za co został odznaczony dwukrotnie: Krzyżem Walecznych oraz Virtuti Militari. W 1923 r. otrzymał od polskiego rządu 12 hektarów ziemi na Wołyniu i wkrótce stał się zamożnym i szanowanym gospodarzem. Zaufaniem obdarzali go nie tylko Polacy, ale i dominujący w całej okolicy Ukraińcy, dzięki czemu niebawem został też wybrany radnym. Żyło im się szczęśliwie wśród ukraińskiej ludności. Wzajemnie się odwiedzali. Bywali na weselach, chrzcinach. - A mama była nawet matką chrzestną jednego z dzieci mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich. Chodziła też na wesela ukraińskie, ponieważ pięknie śpiewała - wspomina dziś Zygmunt Maguza. - Również dumki ukraińskie. No i pieśni legionowe, których chętnie po ukraińskich domach słuchano. Po świętach Bożego Narodzenia zaś szybko rozbieraliśmy choinkę, żeby nasi ukraińscy sąsiedzi mogli ją ubrać u siebie, bo swoje święta obchodzili dwa tygodnie później… Byłem chłopaczek, więc tylko dorosłym się kłaniałem. Nie znałem złożoności stosunków polsko-ukraińskich. Więc kiedy to wszystko się zaczęło, nie rozumiałem, dlaczego Ukraińcy zamordowali z naszej rodziny 40 osób. Od kilkutygodniowego niemowlaka począwszy na ponad 80-letniej babci skończywszy. Mnie samego usiłowano zabić trzykrotnie. Raz nawet kopałem już sobie grób.

Reklama

Jest rozkaz, żeby cię zabić

W kilka tygodni po napaści Sowietów NKWD wywiozło rodziców Zygmunta, wraz z 11-letnią córką, w głąb ZSRS. I to im pewnie uratowało życie. Wrócili do Polski po blisko 7 latach. Zygmunt, wówczas 15-latek, uchronił się od wywózki, gdyż w tym czasie był w szkole w podlwowskim Sokalu. - Nagonka na polskich osadników mieszkających w Chrynowie zaczęła się już podczas okupacji sowieckiej. Ukraińcy i Żydzi masowo denuncjowali Polaków - opowiada Zygmunt Maguza. - Jednak agresja wobec Polaków nasiliła się nieomal zaraz po wkroczeniu Niemców. Pewnego razu przyszedł do naszego gospodarstwa brat mojej koleżanki, o 2 lata ode mnie starszy. Pokręcił się, pokręcił i poszedł. Jak się później dowiedziałem od niego, dostał od UPA rozkaz zastrzelenia mnie. I to było gdzieś jesienią 1941 r. Już w tamtym czasie słyszało się o mordach na Polakach dokonywanych przez Ukraińców. Ale tak naprawdę niewielu w to wierzyło. A już na pewno nie, jeśli chodzi o młodzież. Bo niby dlaczego? Może starsi mieli za sobą jakieś porachunki z Ukraińcami. Ale dzieci, młodzież?

Na własnej skórze

Mordy na poszczególnych polskich rodzinach powtarzały się. Dotarły i do rodzinnej miejscowości Maguzów, Chrynowa, gdzie mieszkało wprawdzie kilkadziesiąt polskich rodzin, ale kilkaset przyjeżdżało co tydzień na niedzielne Msze św. Również żeby słuchać kazań, pięknie głoszonych przez ks. Jana Kotwickiego. Zbrodnia w Chrynowie miała miejsce 11 lipca po porannej Mszy św. Zamordowano w kościele i pod świątynią ponad 150 osób. Również proboszcza. - Nie mogłem być tego dnia na Mszy św. Ukrywałem się, klucząc między wioskami. Opowiadali mi o tej rzezi ranni w kościele moi rówieśnicy. Do dziś nie rozumiem, dlaczego Ukraińcy wybrali do mordów tak piękne i ważne dla nich święto męczenników Piotra i Pawła? - pyta z wielkim wzruszeniem Zygmunt Maguza.

- Ale morderstwa polskich rodzin zaczęły się 2 miesiące wcześniej. Pamiętam, jak jeden z ukraińskich sąsiadów uprzedził mnie, mówiąc: „Zygmuś, ty stąd uciekaj, bo jest rozkaz, żeby ciebie zabić”. Nie wierzyłem w to, podobnie jak wielu Polaków. Ale któregoś dnia na polu pojawił się młody Ukrainiec i strzelił do mnie. Nie trafił, a koń stanął dęba. Próbując go opanować, upadłem. Ukrainiec doprowadził mnie do pobliskiego gospodarstwa. Tam było kilkunastu Ukraińców, którzy, jak się okazało 2 dni później, mordowali w chrynowskim kościele. Zaczęli się naradzać, co ze mną zrobić. Byłem przekonany, że stracę życie. Struchlałem. Ale gdy tak już kilka minut naradzali się, pod okno podszedł mój koń. Poczułem impuls i w sekundzie wyskoczyłem przez okno. Wskoczyłem na konia. Z miejsca ruszył. Usłyszałem strzały. Schyliłem się. Jedna z kul drasnęła konia w bok. Pocwałowałem do przyjaciół naszej rodziny w sąsiedniej wiosce. Ledwie przywiązałem konia do płotu, przyjechało 2 Ukraińców na rowerach. Wbiegli do domu: Leon Rybka i jeszcze jeden nieznany mi Ukrainiec. I do mnie z pistoletem. A gospodarz Michał Okulski chwycił go za rękę i krzyczał po ukraińsku, żeby mnie nie zabijał. Okulska, która była Ukrainką, zaczęła strasznie lamentować. Zrobiło to na mnie wstrząsające wrażenie. Nie to, że mnie chcieli zabić, ale jej zawodzenie, żeby nie zabijać mnie w chacie. Stałem jak sparaliżowany, a Okulski pochylił się nade mną i po cichu powiedział: „Uciekaj! Uciekaj!”. No i dałem susa. Kiedy ma się 18 lat i potwornego stracha, to biegnie się jak żbik. Znalazłem się w lesie. Do wieczora przetrwałem. Później Okulski dał mi jeść i zrobił kryjówkę. Rankiem polecił mi jechać do jego rodziców. Pojechałem. U nich w wiosce było już niebezpiecznie, bo Ukraińcy zabili rodzinę Rudnickich. Ale przenocowałem tam i świtem pojechałem do dziadków w Witoldowie. Wioskami, lasami pokonałem ok. 20 km. Dziadek mówił: „Słuchaj, szukali ciebie Ukraińcy. Pytali też o naszych synów, Felusia i Julcia”. Dziadek zrobił mi w zbożu kryjówkę. Tego wieczoru znów Ukraińcy odwiedzili dziadka i pytali o mnie, jak również o jego synów.

A kury dziobały chleb dla gości...

Zygmunt Maguza zdecydował się uciekać dalej. Pojechał do brata babci, Ignacego Gryglewicza. Kowala, który bardzo przyjaźnił się z wieloma ukraińskimi rodzinami. Podkuwał im konie. Robił dla nich wiele drobnych rzeczy do gospodarstwa, często nie biorąc pieniędzy. Zapytał chłopaka: „Zygmuś, a dlaczego cię ścigają? Zrobiłeś im coś złego?”. Nie wierzył, że Ukraińcy zabijają Polaków za to tylko, że są Polakami. Był przekonany, że chłopak panikuje. Podejrzewał go nawet o tchórzostwo. Zygmunt poczuł się tym urażony. Pomyślał sobie, że wujostwo przyjaźni się z wieloma rodzinami ukraińskimi, więc pewnie dlatego czują się bezpiecznie. Postanowił jednak następnego dnia rankiem jechać do brata wujka, mieszkającego w oddalonej kilka kilometrów Smołowej. Nie wiedział, że już tej nocy zostali zabici wraz z trójką ich małych dzieci. Zamordowani zostali również ich teściowie. - Wstałem skoro świt. I nagle usłyszałem krzyk kobiety biegnącej przez wioskę: „Ludzie, uciekajcie! Polaków mordują!” - wspomina przez łzy Zygmunt Maguza. - Wujek Gryglewicz robił w tym czasie obrządek. Wujenka schowała się w żyto. Nagle na podwórko wjechali Ukraińcy i zabili go siekierami. Zabił go sąsiad Trofim. Wujenka uratowała się i następnego dnia uciekła przez lasy na Lubelszczyznę. Ja pojechałem do dziadków. Po drodze jednak Polacy, również jeden z ukraińskich sąsiadów, uprzedzili mnie, żebym tam nie jechał. Dopiero więc następnego dnia odwiedziłem dziadków z ich synem Julianem.

To, co zobaczyłem, doprowadziło mnie do załamania nerwowego. Drzwi były pootwierane, a na podłodze leżały łuski. Tu i tam chodziły kury, które dziobały chleb. Babcia zawsze piekła dodatkowy bochenek chleba. „Może synowie przyjadą albo przyjdą sąsiedzi Ukraińcy” - mówiła. Z kuchni wszedłem do pokoju, a dziadek leżał zastrzelony na podłodze.

Finał tragedii

Z opowieści ukraińskiego sąsiada wynikało, że 11-letnia córka dziadków, Weronka, wyskoczyła przez okno. Postrzelili ją w nogę. Upadła. Przyciągnęli ją za tę nogę do domu. I zastrzelili… W pokoju było strasznie dużo krwi, która spływała do kuchni. Wszyscy zostali zastrzeleni i porąbani siekierą… Całe ściany były zbryzgane krwią i mózgiem dziadka. Na ścianie były też kawałki czaszki. Kiedy już go zastrzelili, obuchem wbili mu głowę w płuca… Ich syn wziął te kawałki czaszki i niczym relikwie włożył do kieszeni. Było niebezpiecznie, więc dopiero 3 dni później pochowaliśmy ich na podwórzu między stodołą a oborą.

Po latach

Gdy odwiedziłem naszą kolonię 17 lat później, była tak zrównana z ziemią, że nie potrafiłem odnaleźć miejsca, gdzie pochowaliśmy dziadków i Weronkę. Zabudowania spalono. Sady wycięto. Kiedy to wszystko oglądałem, jedni Ukraińcy poznawali mnie, a inni nie chcieli mnie poznać. Wstydzili się… Wtedy żyli jeszcze Ukraińcy o nazwisku Kozibrodowie. Przyjaźnili się z dziadkami. Gdy z nimi rozmawiałem, potwierdzili znaną mi już wersję morderstwa. Dziadka zastrzelił Petro Horbaczewski, ale wówczas jeszcze nie wiedziałem o tym, więc podczas pierwszego pobytu przywitałem się z nim. Byłem tam ponownie w maju 1990 r. Rozpoznałem Horbaczewskiego. On mnie też. Ale uciekł przede mną. Mordował też Władysław Prociuk i Matwiej Romaniuk. Sąsiadów dziadków, państwa Sochów, również zamordowano. Janina Sochowa została zabita na klęcząco. Tak ją pochowali. Bo nie można było ciała rozprostować… Taki skurcz miała... Tak... tam zabili kawał naszej Polski.

2013-06-24 12:49

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Wędrówka historycznym szlakiem Liwa

2020-08-12 08:35

Niedziela podlaska 33/2020, str. VI

[ TEMATY ]

historia

Kościół

Liw

Archiwum autora

Kościół św. Leonarda w Liwie

Liw jest miejscowością o niezwykłej przeszłości. Położony jest na lewym brzegu rzeki Liwiec, który stanowi granicę pomiędzy rdzennym Mazowszem a Podlasiem. W 110. rocznicę konsekracji kościoła warto przybliżyć historię świątyni, jak i początki miejscowości.

Pierwsza wzmianka o Liwie w dokumentach pochodzi z 1304 r. Prawa miejskie Liw otrzymał prawdopodobnie w połowie XIV wieku. Książęta mazowieccy nadali miejscowości liczne przywileje i swobody, które wraz z korzystnym położeniem na szlaku Kraków – Wilno, a później Warszawa – Wilno oraz z wybudowaniem w XV wieku zamku książęcego i ustanowieniem go stolicą Ziemi Liwskiej sprzyjały rozwojowi osadnictwa i handlu.

CZYTAJ DALEJ

27-latek z trzymetrowym krzyżem dotarł do Gniezna

2020-08-10 11:01

[ TEMATY ]

pielgrzymka

Pielgrzymka 2020

facebook.com/panstwoBoze

Michał Ulewiński od prawie dwóch miesięcy przemierza Polskę z 15-kilogramowym krzyżem na plecach i modli się o nawrócenie narodu. 8 sierpnia dotarł do Gniezna.

- Kochani już około 1300 km za mną. Dzisiaj dotarłem do Gniezna, do pokonania zostało mi około 350 km (pozioma belka krzyża) - pisze na prowadzonym przez siebie profilu "Państwo Boże" Michał.

Jak zaznaczał już na początku swojej pielgrzymki, pragnie aby jego droga uczyniła nad Polską znak krzyża. Przeszedł już znad morza na Giewont, stamtąd właśnie do Gniezna, skąd wyruszy do Sokółki.

Michał na swoim profilu dzieli się swoimi przemyśleniami z pobytu w Gnieźnie:

Kochani, patrząc na pomnik pierwszego króla Polski i Sanktuarium pierwszego męczennika, prosiłem o głębsze przesłanie od naszego Ojca. My ludzie wiary musimy paść przed Bogiem na kolana i podjąć narodową pokutę: Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.” Jezus Chrystus chce, aby Polska była wielka i święta, a my uwierzmy w końcu Bogu i zacznijmy pełnić Jego Świętą Wolę.

Przez narodową pokutę i pracę nad tym, aby ustawodawstwo cywilne było zgodne z prawem Bożym, proroctwo z dzienniczka się wypełni. Od naszej postawy i zjednoczenia zależy czy Polska będzie światłem dla innych narodów i tak jak w przeszłości Jezus Chrystus chciał królować nad światem przez Francję, tak teraz wybrał sobie nasz kraj. Mam nadzieję, że odpowiemy na Boże wezwanie i Chrystus będzie królem w każdym tego słowa znaczeniu...

CZYTAJ DALEJ

Watykan: w ub.r. szpital Dzieciątka Jezus przeprowadził ponad 32 tys. operacji i zabiegów

2020-08-12 20:12

[ TEMATY ]

szpital

Watykan

operacja

Archiwum Medical Magnus Clinic

Klinika Medical Magnus ma wspaniałych specjalistów, z pasją wykonujących swą pracę

Należący do Stolicy Apostolskiej Szpital Dziecięcy im. Dzieciątka Jezus (Bambino Gesù) przeprowadził w ubiegłym roku ponad 32 tys. różnych zabiegów i operacji, zdrowie odzyskało co najmniej 29 tys. małych pacjentów oraz udzielił przeszło 2 mln porad ambulatoryjnych. Dane te ogłosiła w rozmowie z Radiem Watykańskim dyrektor placówki Mariella Enoc, przypominając zarazem, że w roku 2019 szpital obchodził 150-lecie istnienia.

"Codziennie staramy się zapewnić równowagę ekonomiczną temu niezwykłemu dziełu badań i opieki, nie kierując się przy tym nigdy samą tylko logiką zysku" – powiedziała szefowa "Bambino Gesù". Podkreśliła, że w tym roku szpital będzie musiał "zmierzyć się z niekorzystnymi skutkami gospodarczymi, spowodowanymi przez pandemię Covid-19, przede wszystkim ze względu na konieczność ograniczenia ogólnej działalności i działań na rzecz zwalczania obecnego stanu wyjątkowego”.

Z każdym rokiem rośnie liczba dzieci, przybywających na leczenie w tym obiekcie z całego świata: w ub.r. było ich 836 (1,6 proc. ogółu pacjentów) z ponad 100 krajów. O 5 proc. zwiększyły się interwencje pierwszej pomocy, których udzielono ok. 90 tys. w dwóch siedzibach szpitala: na Janikulum i Palidoro. Odnotowano 385 transportów związanych z zagrożeniem życia noworodków, a więc średnio ponad 1 interwencja dziennie a w 89 trzeba było korzystać z watykańskiego lądowiska dla śmigłowców. W 2019 udzielono prawie 120 tys. bezpłatnych noclegów dla 5569 rodziców, którzy mogli spędzić je przy swych dzieciach. Wzrasta także łączna liczba przeszczepów narządów stałych, komórek i tkanek - odnotowano ich 342.

W roku 2019 potwierdzono również uznanie Szpitala Dzieciątka Jezus jako placówki akademickiej przez Międzynarodową Komisję Wspólną (Joint Commission International). W tymże roku rozpoczęły działalność całkowicie przebudowana siedziba szpitala przy Viale Baldelli, obliczona na 80 konsultacji w zakresie chorób rzadkich, diagnostyki prenatalnej, kardiologii płodu i okołoporodowej oraz dwa ośrodki zajmujące się zaburzeniami autystycznymi.

Ale "Bambino Gesù" to również działalność naukowa, formacyjna i współpraca z innymi podobnymi placówkami. W ub.r. wzrosła o 17 proc. liczba projektów badawczych i studiów klinicznych. Naukowy zagraniczni, z którymi placówka watykańska współpracuje, pochodzą ze 114 krajów. Pacjentów z rzadkimi chorobami było ponad 14,5 tys., przy czym 48 proc. z nich przybyło tu spoza Rzymu i regionu Lacjum. Na badania naukowe w 2019 przeznaczono 23,6 mln euro. W szpitalu pracuje ok. 3,5 tys. osób: na stałych etatach, współpracowników i kontraktowych. W 2019 przeprowadzono ponad 28 tys. godzin formacji personelu sanitarnego i nie tylko sanitarnego. W szpitalu posługuje też prawie 900 wolontariuszy z 45 stowarzyszeń akredytowanych, którzy zapewnili codzienną pomoc na miejscu, spędzając tam łącznie 200 tys. godzin.

Szpital uczestniczy też w różnych inicjatywach solidarności z zagranicą w ramach projektów humanitarnych we współpracy z 12 krajami (Chiny, Ekwador, Etiopia,, Haiti, Indie, Jordania, Kambodża, Korea Południowa, Republika Środkowoafrykańska, Rosja, Syria i Tanzania) – łącznie 22 misje. W 2019 rozpoczął działalność Ośrodek dla Dzieci Niedożywionych, który na życzenie papieża Franciszka powstał w stolicy RŚA – Bangui.

16 listopada 2019 w Auli Pawła VI odbyły się główne uroczystości z okazji 150. rocznicy powstania Szpitala Dziecięcego "Bambino Gesù". Było to wzruszające spotkanie Franciszka z wielką rodziną tej placówki z udziałem ponad 6 tys. osób: lekarzy, pielęgniarek, wolontariuszy i pacjentów i ich rodzin. “Dziękuję Szpitalowi za jego otwarcie na świat, za zajmowanie się cierpieniami i dziećmi, pochodzącymi z wielu krajów. Wiem dobrze, że wymaga to wielkich środków materialnych i dlatego dziękuję tym, którzy wielkodusznie wspierają swymi darowiznami Fundację Dzieciątka Jezus [Fondazione del Bambino Gesù]” – powiedział Ojciec Święty. Podkreślił, że “oznacza to zobowiązanie wszystkich, aby Szpital Dzieciątka Jezus nadal okazywał szczególne umiłowanie przez Stolicę Apostolską dzieciństwa dzięki własnemu stylowi miłującej troski o małych chorych, ofiarowując konkretne świadectwo Ewangelii w pełnej zgodzie z nauczaniem Kościoła”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję