Reklama

Kościół

Śląski Katyń

Wojna nie skończyła się dla nich w 1945 r. Walczyli o Polskę. Wolną, niepodległą, wierzącą w Boga i oddaną Maryi. Mieli przeważnie po dwadzieścia parę lat. Zginęli z rąk sowieckich i ubeckich katów. Choć od momentu tej okrutnej zbrodni minęło już ponad 70 lat, nadal nie wiemy, gdzie spoczywają ich szczątki

Niedziela Ogólnopolska 8/2018, str. 42-44

[ TEMATY ]

Katyń

żołnierze wyklęci

zbrodnia katyńska

Łukasz Krzysztofka

Każdego dnia powinniśmy starać się budować taką Polskę, o jakiej marzyli żołnierze antykomunistycznego podziemia: silną, suwerenną, niezależną, dumną

Każdego dnia powinniśmy starać się budować taką Polskę, o jakiej marzyli żołnierze antykomunistycznego podziemia: silną, suwerenną, niezależną, dumną

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Żołnierze walczący u boku Henryka Flamego ps. Bartek, którym nieobojętny był los niszczonej przez komunizm Polski, stanowili najliczniejszą i najaktywniejszą zbrojną formację antykomunistyczną na Podbeskidziu. 350 ludzi ukrywających się wokół Baraniej Góry stanowiło znaczącą siłę. Nie chcieli się podporządkować Sowietom. Uciekli do lasów, aby walczyć z agenturą UB. Dla komunistów byli praktycznie nieuchwytni.

Uciekł komunistom

Ich dowódca – Henryk Flame, urodzony we Frysztacie na Zaolziu, wychowany w katolickim i patriotycznym duchu, jako 18-latek na ochotnika wstąpił do Wojska Polskiego w Krakowie. Został pilotem. W kampanii wrześniowej bronił nieba nad Warszawą i został zestrzelony. Później zasilił szeregi Armii Krajowej. W 1945 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej w Czechowicach. Dostał broń. Nie przeszedł jednak na stronę komunistów. Uciekł i organizował w okolicznych lasach antykomunistyczną partyzantkę. Nawiązał kontakt z Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Najgłośniejszą akcją oddziału „Bartka” było zajęcie 3 maja 1946 r. Wisły i zorganizowanie uroczystej defilady ulicami miasta. Takiego widoku nie mogła znieść władza ludowa.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Nadchodzi „Lawina”

Reklama

Trzy miesiące później do „Bartka” trafia Henryk Wendrowski ps. Lawina, wysłannik VII Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych w Gliwicach. W rzeczywistości był to pracownik UB, były żołnierz AK z Podlasia, który przeszedł na stronę komunistów i „wsławił się” likwidacją agenturalną oddziałów podziemia antykomunistycznego na Lubelszczyźnie. Obiecywał pomoc w przerzucie całego zgrupowania na Zachód, gdzie pod okiem Amerykanów partyzanci mieli przejść odpowiednie szkolenie i wrócić do kraju, aby prowadzić dalszą walkę z komuną. Na początku na jakiś czas mieli się zatrzymać na Ziemiach Odzyskanych. Flame przystał na tę propozycję.

Ostatnia droga

Do skutku doszły trzy transporty. Pierwszy ruszył najprawdopodobniej z okolic Szczyrku ok. 6 września, drugi w połowie miesiąca. Miejscem docelowym okazały się okolice Starego Grodkowa na Opolszczyźnie. Tam zamordowano co najmniej kilkudziesięciu żołnierzy z oddziału „Bartka”.

Trzeci transport wyruszył ok. 25 września. Od strony Strzelec Opolskich wjechał do wsi Barut – leżącej dzisiaj na granicy województw opolskiego i śląskiego. Amerykańskie ciężarówki przykryte plandekami przejechały przez wioskę w stronę pobliskiego lasu. Koło miejscowej szkoły silnik jednej zgasł. – Wyszliśmy zobaczyć, co się stało, ale wyskoczyła ochrona z karabinami i nas przegoniła – wspomina Alfred Blimer, który dobrze pamięta tamten dzień. Na kilka sekund wskutek powiewu wiatru plandeka uniosła się w górę. Blimer zobaczył wówczas, że ciężarówka była załadowana ludźmi. Byli nieogoleni, ubrani w angielskie mundury – takie, jakie na Zachodzie nosili żołnierze gen. Andersa, tzw. battle-dress. Na rękach mieli naszywki „Poland”, a na głowach wojskowe czapki. Po chwili ciężarówki ruszyły w stronę polany Hubertus.

Zbrodnia

Reklama

Następnego dnia rano okolicą wstrząsnął potężny wybuch. – Zaraz po wybuchu w lesie zaczęto strzelać z pepeszek, całymi seriami. Były też pojedyncze strzały – opowiada Alfred Blimer. Strzelali bardzo długo. Nikt z mieszkańców Barutu nie wiedział wtedy, co się stało w lesie. Teren wokoło był ogrodzony drutem kolczastym i pilnowany przez uzbrojonych mężczyzn. Kilkanaście godzin po wybuchu kilku osobom z okolicy udało się znaleźć w zaroślach w pobliżu polany Hubertus, gdzie znajdowała się wysadzona w powietrze stodoła. – Widzieliśmy mężczyzn ubranych w krótkie, brązowe bluzy wojskowe, takie, jakie nosili wówczas funkcjonariusze UB. Wrzucali do ogniska jakieś strzępy odzieży i fragmenty ciał – wspomina Stanisław Fariaszewski. Pamięta, że z ogniska unosił się mdły, charakterystyczny dla palonego ciała zapach.

Bali się mówić

Jeszcze kilka miesięcy po wybuchu mieszkańcy Barutu odnajdywali tam kawałki ciał, ludzkie kości, porozrywane ubrania. W latach 60. ubiegłego wieku na polanie Hubertus widywano szczątki butów. Wszystkie te dowody zbrodni zostały jednak skrzętnie pochowane, rozpadły się przez lata albo zaginęły. Kilka dni przed wybuchem do pobliskiego nadleśnictwa zadzwonił wojewoda śląski Aleksander Zawadzki, który nalegał, aby wydać okólnik zakazujący leśnikom wstępu do lasu, pod groźbą zastrzelenia bez ostrzeżeń. Wśród mieszkańców Barutu panowała już wtedy atmosfera strachu. Ludzie bali się mówić o tym, czego byli świadkami. Trwało to przez cały okres PRL i w latach 90. Jeszcze dzisiaj okoliczni mieszkańcy opowiadają o tym bardzo niechętnie.

Zacieranie śladów zbrodni

Reklama

Co wydarzyło się w ostatnią niedzielę września 1946 r. w lesie w pobliżu Barutu? Zmęczonych podróżą spod Baraniej Góry ok. sześćdziesięciu partyzantów z oddziału „Bartka” zostało na noc w przygotowanej przez „łączników NSZ” kwaterze na polanie Hubertus – była to murowana stodoła. Poczęstowano ich obfitą kolacją, zakrapianą alkoholem wymieszanym ze środkami nasennymi, i rozbrojono. Nad ranem do dobrze zaminowanego pomieszczenia, w którym spali partyzanci, wrzucono wiązki granatów. Nastąpiła potężna eksplozja. Tych, którym udało się przeżyć, wyciągano z ruin i kazano im się rozebrać do naga, po czym prowadzono nad przygotowane doły śmierci. Tam zabijano strzałem w tył głowy. Wszystkie ciała wrzucono do masowej mogiły i spalono wraz ze wszelkimi ich rzeczami w taki sposób, aby po partyzantach nie został żaden ślad. Do dzisiaj – choć minęło już ponad 70 lat – nie udało się znaleźć mogiły zamordowanych w Barucie żołnierzy.

„Bartek”

Henryk Flame miał jechać kolejnym, czwartym transportem. Nie doszło do niego jednak, ponieważ dowódca dowiedział się o tym, co się stało z jego żołnierzami. Po pewnym czasie ujawnił się i wrócił w rodzinne strony. W 1947 r. został zastrzelony w restauracji w Zabrzegu pod Czechowicami przez miejscowego milicjanta Rudolfa Dadaka. Gdy wiadomość o śmierci „Bartka” dotarła do jego matki, powiedziała: „Przeczuwałam, że coś się stanie, bo Heniu zapomniał ryngrafu z Matką Boską, z którym nie rozstawał się przez cały okres walki z komuną”.

A jakie były losy Henryka Wendrowskiego? Po akcji „Lawina” szybko piął się po szczeblach kariery, pełnił wysokie funkcje w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. W 1968 r. przeszedł do dyplomacji. Był ambasadorem PRL w Kopenhadze. Zmarł w 1997 r.

Poszukiwania

Reklama

– Ci, którzy mordowali, bardzo skutecznie zacierali ślady po tym, co uczynili. Porozrywane szczątki naszych bohaterów zostały z polany Hubertus dokądś zabrane. Po działaniach, które wykonaliśmy na terenie tej polany, jak również w jej pobliżu, gdy przekopaliśmy obszar do głębokości niekiedy dwóch metrów, możemy powiedzieć, że z pewnością nie ma tam tych ludzi – mówi „Niedzieli” prof. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN, kierujący poszukiwaniami. Oprawcy najprawdopodobniej załadowali te szczątki na samochód i wywieźli gdzieś w okoliczne lasy. Wspomnienia ludzi, którzy pamiętają tamte czasy, ograniczają się do samego wybuchu oraz do tego, że jeszcze długo po nim odnajdywano fragmenty mundurów, ludzkich szczątków, które spoczywały gdzieś na drzewach, niezauważone przez ubeków. Nikt jednak z mieszkańców Barutu nie był świadkiem, w którym miejscu ubecy grzebali ludzkie szczątki.

Zdaniem prof. Szwagrzyka, akcja „Lawina” była inspirowana z Moskwy, ponieważ w realiach 1946 r. ubecy w Polsce byli bez doświadczeń, które pozwalałyby im na przeprowadzenie tak skomplikowanej pod względem logistycznym akcji. – Mogli to zrobić tylko tacy ludzie, którzy doświadczenia w masowych mordach już mieli. Takimi osobami w Polsce byli sowieccy doradcy i inni Sowieci z sowieckich służb specjalnych. Ubecy byli wykonawcami lub wspomagali te działania – zauważa historyk.

Pamięć przetrwała

Reklama

Mimo atmosfery strachu i gróźb okoliczni mieszkańcy nie zapomnieli przez dziesiątki lat o okrutnej zbrodni dokonanej na baruckiej polanie. W miejscu, gdzie stała stodoła, postawili metalowy krzyż. Przychodzili tam i palili znicze. – W latach 50. i 60. tym, co się wydarzyło w Barucie, zainteresowali się kombatanci, którzy walczyli w czasie II wojny światowej. Zaczęli zbierać materiały na ten temat. Nie bali się – mówi Wojciech Radomski, prezes Stowarzyszenia Pamięci Armii Krajowej. Jednak to dzięki pamięci mieszkańców okolicznych miejscowości wiedza o „śląskim Katyniu”, jak nazwano polanę śmierci, przetrwała i przekazywana była kolejnym pokoleniom. Dzisiaj do tego uświęconego krwią polskich żołnierzy miejsca przybywa coraz więcej osób. 27 września 2016 r. hołd Żołnierzom Niezłomnym z oddziału „Bartka” oddał w Barucie prezydent RP Andrzej Duda. Co roku w ostatnią sobotę września na polanie śmierci odprawiana jest Msza św. w intencji zamordowanych polskich bohaterów.

Potrzebna wskazówka

Czy jednak kiedyś się dowiemy, gdzie spoczywają żołnierze „Bartka” zamordowani w Barucie? – Liczę na to, że stanie się coś, być może przypadkowego, co spowoduje, że będziemy mogli wejść w obszar poszukiwań, chociażby przez wskazanie kierunku. Może będzie to jakaś prosta sytuacja, jakaś wichura, która pociągnie drzewo, a to z korzeniami odkryje nam ludzkie szczątki – mówi prof. Szwagrzyk.

Prace poszukiwawcze zostały wznowione w rejonie Starego Grodkowa. Na terenie dawnego niemieckiego majątku Scharfenberg w gminie Łambinowice odnaleziono ryngraf. To element żołnierskiego munduru ewidentnie wykorzystywany po wojnie przez antykomunistyczne oddziały partyzanckie. W czasie sprawdzania wykrywaczami metalu fundamentów starego dworu poszukiwacze z opolskiego stowarzyszenia Kryptonim T-IV, które pomaga IPN w poszukiwaniach, natknęli się na ludzką czaszkę. Wydobyto ją z zalanego wodą obetonowanego dołu. Czaszka jest uszkodzona w sposób, który wskazuje, że człowiek ten zginął od strzału w kark.

W starej pałacowej studni, która po wojnie została wysadzona w powietrze, a dół zasypany piaskiem, na głębokości ok. 10 m odnaleziono ludzką kość piszczelową. Prawdopodobnie funkcjonariusze UB ukryli ciała zamordowanych, wrzucając je do głębokiej studni, którą potem wysadzili w powietrze. Prace poszukiwawcze trwają.

Identyfikacja

Dzięki zaangażowaniu zespołu naukowców pod przewodnictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka, a także licznych wolontariuszy, tożsamość odzyskało kolejnych 22 polskich bohaterów, wśród których byli zamordowani w Starym Grodkowie żołnierze „Bartka”. 1 lutego br. w Pałacu Prezydenckim wręczono noty identyfikacyjne ich rodzinom. – Jakie mamy wobec nich zobowiązanie? Każdego dnia starać się budować taką Polskę, o jakiej oni marzyli: silną, suwerenną, niezależną, dumną – powiedział w czasie uroczystości prezydent Andrzej Duda. Wśród zidentyfikowanych ofiar zamordowanych w Starym Grodkowie są: Franciszek Konior ps. Rekin, bracia Józef Maślanka ps. Borsuk lub Karol Maślanka ps. Tygrys (na podstawie badań genetycznych nie można określić, do którego z braci Maślanków należą zidentyfikowane szczątki) i Michał Pajestka ps. Leszczyna.

Mimo wielu apeli ze strony IPN, także przez miejscowych księży, o jakąkolwiek informację miejsce masowej mogiły żołnierzy „Bartka” zamordowanych w Barucie pozostaje nieznane. Bez uzyskania pewnej konkretnej wskazówki nie jest możliwa praca na przestrzeni wielu hektarów lasu. Nikt z mieszkańców Barutu do tej pory nie wskazał jednak kierunku, w którym mogłyby być prowadzone poszukiwania.

2018-02-21 10:32

Oceń: +5 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pamięć o Żołnierzach Wyklętych

Niedziela kielecka 11/2013, str. 2

[ TEMATY ]

żołnierze wyklęci

T. D.

W Małogszczu ks. prał. Andrzej Kaszycki mówił o patriotycznych powinnościach

W Małogszczu ks. prał. Andrzej Kaszycki mówił o patriotycznych powinnościach
Uroczystości upamiętniające Żołnierzy Wyklętych odbyły się w Kielcach 1 marca na cmentarzu Na Piaskach. Bohaterów antykomunistycznego podziemia, którzy w obronie niepodległego bytu państwa polskiego z bronią w ręku przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą komunistycznemu reżimowi, żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i innych organizacji uczczono w szczególny sposób. Uczestnicy zgromadzili się przed pomnikiem poświęconym żołnierzom zamordowanym przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w Więzieniu Kieleckim. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele Parlamentu, władz wojewódzkich, samorządowych, kombatanci, poczty sztandarowe oraz młodzież z kieleckich szkół, m.in. Zespołu Szkół Katolickich im. św. Stanisława Kostki. Andrzej Wiatkowski ze Stowarzyszenia Ochrony Dziedzictwa Narodowego przypomniał historię powstania pomnika polskich żołnierzy, przypomniał losy żołnierzy, których funkcjonariusze UB katowali i mordowali, grzebiąc w nieoznaczonych dołach, m.in. na obecnym cmentarzu Na Piaskach. O polskim patriotycznym podziemiu, jego dokonaniach i ofiarach mówił z kolei Leszek Bukowski - naczelnik Delegatury IPN w Kielcach. W intencji pomordowanych modlił się wraz z zebranymi ks. Jacek Kopeć - dyrektor Zespołu Szkół Katolickich im. św. Stanisława Kostki. Ksiądz Dyrektor z rąk przedstawiciela NSZ otrzymał ryngraf za kultywowanie pamięci o Żołnierzach Wyklętych oraz patriotyczne wychowanie młodzieży. Delegacje złożyły przed pomnikiem kwiaty i wieńce. Zapłonęły znicze. Andrzej Wiatkowski oprowadził zebranych po grobach zamordowanych żołnierzy. Wskazywał symboliczne groby tych, których ciał nigdy nie odnaleziono. Po południu w Wojewódzkim Domu Kultury otwarto wystawę „Proces Krakowski. Działacze WiN i PSL przed sądem komunistycznym”. Żołnierzy Wyklętych uczczono również pod pomnikiem AK. W małej Sali KCK odbył się z kolei pokaz filmowy. Zebrani obejrzeli filmy „Żołnierze Wyklęci”, „Losy Niepokornych” i „Zagończyk.”
CZYTAJ DALEJ

Jak żyła Helena Kmieć? Wyjątkowe świadectwo polskiej misjonarki

2026-05-06 21:12

[ TEMATY ]

Helena Kmieć

Tomasz Reczko

Radosna, utalentowana, oddana innym – i całkowicie oddana Bogu. Helena Kmieć staje się dla współczesnego Kościoła symbolem świętości „z sąsiedztwa”, która zachwyca prostotą i autentycznością. Zapraszamy do lektury fragmentu książki „Wzór na świętość według Helenki Kmieć”, który pozwala lepiej zrozumieć wewnętrzną drogę kandydatki na ołtarze i inspiruje do zrobienia własnego kroku w stronę Boga.

Małe słowa wiele znaczą! Pewnie zastanawiacie się, co może oznaczać to niepozorne słówko „do”. W życiu Helenki słowo „do” pojawiało się bardzo często. Używała go, gdy chciała iść DO kościoła. Gdy wybierała się DO szkoły i DO przyjaciół. Pojechała DO Zambii i Boliwii, by tam pomagać dzieciom. Ważnego przyimka DO Helenka używała zawsze wtedy, gdy podejmowała jakieś świadome działanie z myślą o drugim człowieku bądź o Bogu.
CZYTAJ DALEJ

Byłem w Arce Noego

2026-05-07 20:30

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Marek Kamiński

ks. Roman Piwowarczyk, autor książki Arka Noego odnaleziona

ks. Roman Piwowarczyk, autor książki Arka Noego odnaleziona

W Łódzkim Klubie Biznesu przy ul. Piotrkowskiej 85 odbyło się spotkanie z ks. dr Romanem Piwowarczykiem, autorem książki „Arka Noego odnaleziona”. - Moja przygoda z historią Noego i poszukiwaniem arki zaczęła się w listopadzie 2017 r. i trwa do dzisiaj. Pewnego dnia przygotowując się do Mszy świętej natrafiłem na fragment Ewangelii, który mocno mnie poruszył: „Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak działo się za dni Noego, tak będzie również za dni Syna Człowieczego: jedli, pili, żenili się i za mąż wychodzili aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki; nagle przyszedł potop i wygubił wszystkich” (Łk 17,26).

Ksiądz Roman dr filozofii znający języki obce m.in.: łacinę, grekę, francuski, angielski, natrafił na różne dokumenty potwierdzające budowę arki. Noe przygotowywał się do potopu przez długi czas, budował ją prawie 100 lat. Miała ona długość około 150 m, szerokość 14 m i wysokość 20 m. Był to największy drewniany statek zbudowany na naszej planecie wykonany w drewna cedrowego i cyprysowego. Potop nastał, gdy Noe miał 600 lat (a żył ponad 900). Nie było to żadne tsunami ani podtopienie, tylko globalny potop. Arka osiadła po roku dryfowania na samotnej, wulkanicznej Górze Ararat, mającej kształt piramidalny. Święta Góra Ararat przez tysiąclecia była w obszarze Armenii i jest do dzisiaj jej symbolem. Tam wyszedł z arki Noe wraz z rodziną, rozpoczął nowe życie i założył pierwsze państwo po potopie.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję