Reklama

Gospodarka

Polityka klimatyczna bez hipokryzji

Niedziela Ogólnopolska 49/2018, str. 36-37

[ TEMATY ]

wywiad

Bożena Sztajner/Niedziela

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W 2015 r. podczas kolejnej Konferencji Stron Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych COP21 w Paryżu podjęto postanowienie o wzmożonej współpracy państw w celu takiego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, aby wzrost temperatury na Ziemi nie przekraczał 2oC. Odbywające się właśnie w Katowicach COP24 to kolejne przybliżenie do wyznaczonego celu, Panie Profesorze?

PROF. JAN SZYSZKO: – Tak, oby tak było. Porozumienie paryskie to nic innego jak akt wykonawczy, załącznik do konwencji klimatycznej, podobny jak protokół z Kioto podpisany w 1997 r. Są między nimi spore różnice, lecz najważniejsza jest ta, że porozumienie paryskie mówi, iż wszystkie państwa mają się włączyć w politykę klimatyczną, a nie tylko, jak zapisano w protokole z Kioto, państwa wysokorozwinięte. W porozumieniu paryskim podkreślono ustaloną już wcześniej konieczność dążenia do utrzymania wzrostu globalnych średnich temperatur na poziomie nie wyższym niż 2oC, zakłada się też osiągnięcie tzw. neutralności klimatycznej do 2050 r.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że powinniśmy dążyć do tego, by emitować tyle gazów cieplarnianych, ile będziemy mogli ich pochłonąć. A w ten proces redukcji emisji mają się włączyć wszystkie państwa, ale na bazie i z poszanowaniem swojej specyfiki gospodarczej, co znaczy, że mają teraz dwie możliwości działania: redukcję emisji oraz ich pochłanianie.

– I to Pan Profesor, jako polski minister środowiska, forsował w Paryżu to rozsądne – i korzystne nie tylko dla Polski – rozwiązanie. Zapewne nie było łatwo...

– Rzeczywiście, podczas negocjacji był spór, a Polska odegrała w nim istotną rolę. W Europie mamy dość szczególną sytuację; Komisja Europejska zawsze dążyła do tego, aby pochłanianie emisji w ogóle nie było brane pod uwagę, żeby całą politykę klimatyczną oprzeć wyłącznie na redukcji emisji. W Paryżu udało nam się przezwyciężyć to podejście, korzystne tylko dla wysokorozwiniętych i bogatych krajów.

– Jakim cudem, w jaki sposób?

– Potrzebne były rozsądna alternatywna propozycja oraz zwykła determinacja.

– Pilnowanie interesów własnego kraju?

– Tak!

– Można było nie podpisać porozumienia, i co wtedy?

– Zgodnie z prawem ONZ każde z państw mogło złożyć weto i wtedy prawdopodobnie pojawiłyby się jakieś kłopoty... Ale muszę tu powiedzieć, że nasze polskie stanowisko znalazło jednak duże poparcie innych państw – z jednej strony Stanów Zjednoczonych, a z drugiej – państw rozwijających się z grupy G77. Teraz ważne jest, aby podczas COP24 powstała „mapa drogowa” realizacji porozumienia paryskiego, aby zgodnie z prawem mogło ono w pełni funkcjonować od 2020 r.

– Jak doszło do tego, że COP24 jest organizowany właśnie w Polsce?

– To wynik pewnych ustalonych procedur, ale rzecz jasna, nie tylko. Przyznaję, że osobiście bardzo zależało mi na tym, aby COP24 w 2018 r. odbył się właśnie w Polsce, która akurat w tym roku obchodzi 100. rocznicę odzyskania niepodległości i 40. rocznicę wyboru Polaka na papieża.

– A zatem lobbował Pan Profesor ostro na rzecz Polski!

– Wtedy to był mój oczywisty obowiązek jako ministra. Chodziło nie tylko o te najważniejsze dla Polaków symboliczne rocznice, ale także o możliwość uzyskania większego wpływu Polski i naszych pomysłów na wytyczanie kierunków rozwoju globalnej polityki klimatycznej. Zaraz po konferencji paryskiej trzeba było więc podjąć intensywne zabiegi, by COP24 mógł się odbyć w Polsce. Wiadomo było, że według procedur organizacja kolejnych COP co 5 lat przypada innej grupie krajów ONZ, a ta przypadająca na 2018 r. będzie w gestii grupy wschodnioeuropejskiej, składającej się obecnie z kilkudziesięciu państw. W 2016 r. na COP22 w Marrakeszu Polska uzyskała nominację ze strony swej grupy i tam też przez aklamację przyjęto naszą kandydaturę. Pozostało tylko wytypować miasto.

– Dlaczego Katowice?

– Zgłosiły się dwa miasta – Gdańsk i Katowice. Wybór padł na Katowice jako miasto wielkiego sukcesu w dziedzinie poprawy klimatu, co jest widoczne gołym okiem. To znakomity przykład, w jaki sposób Polska realizuje swoją politykę klimatyczną. Katowice są tu najlepszą ilustracją; 30 lat temu to miasto było czarne, a teraz jest zielone. I warto też przypomnieć, że Polska jako jedno z niewielu państw wysokorozwiniętych wykonała z dużą nadwyżką zobowiązania wynikające z protokółu z Kioto, czego nie udało się dokonać nawet wyposażonej w nowoczesne technologie redukcji emisji tzw. starej piętnastce, która w dodatku postanowiła się rozliczać wspólnie. Polska w latach 2008-12, w porównaniu z tzw. rokiem bazowym 1988, miała zredukować emisję o 6 proc., a osiągnęliśmy 30 proc., przy równoczesnym wzroście gospodarczym. Mieliśmy nadwyżkę redukcji emisji na poziomie ok. 150 mln ton, podczas gdy „stara piętnastka” miała 300 mln ton niedoboru redukcji emisji.

– Tymczasem to przede wszystkim właśnie te państwa zarzucają Polsce klimatyczną niesubordynację...

– Gdy tłumaczyłem tę dziwną sytuację, niejednokrotnie mówiłem i nadal będę powtarzał – już zostałem za to ukarany dymisją – że KE, a dokładniej właśnie ta tzw. stara piętnastka, te nasze sukcesy przypisała sobie i w imię własnych interesów gospodarczych zaczęła nam blokować możliwości rozwoju gospodarki na bazie węgla kamiennego, posługując się przy tym metodami nie zawsze fair. Dlatego tak bardzo mi zależało, gdy rozpoczynałem działania przygotowujące COP24, żeby pokazać światu polskie osiągnięcia, żeby cały świat wreszcie zobaczył, że Polska jest krajem ogromnego sukcesu w tej dziedzinie. Wiadomo było przecież, że do Katowic przyjadą reprezentanci prawie 200 krajów świata, a być może i najwyższe władze poszczególnych państw. Moje ambicje sięgały bardzo wysoko; miałem nadzieję, że na COP24 pojawią się prezydenci Rosji i Stanów Zjednoczonych, a nawet papież Franciszek, który jest bardzo zaangażowany w politykę klimatyczną... Była przewidziana cała seria odpowiednich konsultacji i uzgodnień międzypaństwowych, w ramach tzw. Pre-COP. Uważałem, że dla wzmocnienia polskiego przekazu – który wciąż do świata zbyt słabo dociera – te konsultacje powinny się odbywać w Polsce.

– W jakim stopniu przez minione 3 lata udało się zarysować kontury tej „mapy drogowej” dla polityki klimatycznej, której ostateczny kształt powinien powstać w czasie katowickiego COP24?

– Mogę powiedzieć tylko tyle, że gdy składałem swój urząd w styczniu tego roku, to mieliśmy już – w dużej mierze dzięki znakomitej pracy mojego zastępcy, min. Pawła Sałka, który dzielnie stawiał czoła wszystkim problemom związanym z UE i który również odszedł z Ministerstwa Środowiska – dopracowaną w szczegółach naszą wewnętrzną „mapę drogową”, jako przykład dochodzenia do wyznaczonego przez ONZ celu. Zakładaliśmy wtedy, że do tego celu można się będzie znacząco przybliżyć, jeśli na polski COP24 przyjadą ze świata osoby mające decydujący głos w sprawach polityki klimatycznej, a także ci, którzy – jak prezydent Donald Trump – zapowiadają odejście od forsowanego przez ONZ modelu polityki klimatycznej, którym nie podoba się model wdrażany przez UE, ponieważ – trzeba by to wreszcie otwarcie powiedzieć – mimo swej restrykcyjności i ogromnych kosztów nie przynosi on właściwie żadnych wymiernych efektów.

– Pan Profesor jest autorem i od lat orędownikiem pomysłu, aby w polityce klimatycznej uwzględnić wreszcie lasy, jako największy możliwy pochłaniacz emisji gazów cieplarnianych. To naprawdę może się na świecie udać?

– Właśnie to musi się udać! Wszelkie działania w tym kierunku mogą doprowadzić do naprawdę wymiernego postępu, do znaczącej poprawy jakości środowiska i klimatu. Bo to przecież lasy, gleby i oceany są głównym rezerwuarem dwutlenku węgla emitowanego do atmosfery ziemskiej w wyniku spalania węgla, ropy i gazu. Niestety, obecnie mamy w skali globalnej do czynienia z zanikiem bioróżnorodności, z niedostatkiem wody, degradacją gleb, wręcz z pustynnieniem, co prowadzi do braku żywności, a więc do masowych migracji ludności w poszukiwaniu wody i jedzenia. O tym wszystkim, a zwłaszcza o powiązaniach przyczynowo-skutkowych tych niekorzystnych zjawisk, mówi się wciąż niewiele... Dlatego trzeba koniecznie przypomnieć akurat te zapisy w porozumieniu paryskim, które są zasługą Polski. W Paryżu nalegaliśmy na to, aby państwa – przede wszystkim te biedniejsze – podjęły wszelkie możliwe działania prowadzące do regeneracji gleb, do zwiększania lesistości.

– Chyba jednak nie wszystkich to przekonuje, a lasy jako efektywny pochłaniacz dwutlenku węgla są co najmniej bagatelizowane, zwłaszcza przez bogatych posiadaczy nowoczesnych technologii redukcji gazów cieplarnianych...

– To dlatego, że oni mają na uwadze przede wszystkim swoje własne interesy gospodarcze. Reperkusje takiego podejścia odczułem na własnej skórze – jako polski minister środowiska nie podobałem się niektórym z europejskich przywódców. Do tego stopnia, że musiałem odejść...

– Jednak nie zaprzestał Pan Profesor działania na rzecz przekonywania „wszystkich świętych” o zasadności uwzględnienia lasów w praktyce polityki klimatycznej?

– Działam teraz przede wszystkim w sferze naukowej, jednakże z naciskiem na praktyczne rozwiązania. Jesienią tego roku zorganizowałem w Tucznie międzynarodowe seminarium. Było ono kontynuacją konferencji w Sejmie w 2016 r., która była naszą odpowiedzią na papieską encyklikę ekologiczną „Laudato si’” i podczas której zastanawialiśmy się, w jaki sposób należy i można realizować politykę klimatyczną prowadzącą do redukcji emisji i jednocześnie nie odbierać biednym państwom prawa do rozwoju gospodarczego. Uważam, że należy propagować to rozwiązanie, które znaleźliśmy w Polsce: radykalne zwiększanie roli lasów w oczyszczaniu atmosfery. Chętnie udostępniamy nasze polskie doświadczenia, jako że jesteśmy liderem w pochłanianiu CO2 przez nasze lasy.

– Mimo tego, Panie Profesorze, ta stara prawda, że las jest magazynem świeżego powietrza, jest traktowana niczym nowe i nie całkiem jeszcze sprawdzone odkrycie naukowe.

– Takie przekonanie panuje tylko w krajach Unii Europejskiej mocno przywiązanych do tego wytworu ich wyobraźni, którym jest tzw. pakiet energetyczno-klimatyczny. Podkreślam, że już 3 lata temu w Paryżu to nowatorskie polskie podejście dostało bardzo mocne wsparcie ze strony innych państw. A dziś jest już realizowane w wielu krajach. Państwa afrykańskie np. podjęły inicjatywę tworzenia „zielonego muru” – czyli sadzenia drzew – na granicy Sahary, aby w ten sposób rozpocząć regenerację gleby, poprawić dostępność i jakość wody, i w konsekwencji zmniejszyć głód, poprawić jakość życia. Tym Europa się niespecjalnie interesuje...

– ...a takich jak Pan Profesor bojowników „sprawiedliwej polityki klimatycznej” odsyła na margines tzw. unijnego mainstreamu...

– I trudno się dziwić, bo choć zawsze zgadzałem się z tym, że redukcji dwutlenku węgla należy dokonać jak najszybciej, jak najtaniej i jak najefektywniej, to wielokrotnie zbyt wyraźnie przeciwstawiałem się unijnej hipokryzji w zakresie polityki klimatycznej. Wyrażałem zdziwienie, że unijni specjaliści i urzędnicy ignorują to, iż w rozrachunku redukcji CO2 naprawdę wymierną i sprawdzalną fizycznie wielkością jest jedna tona węgla pochłoniętego przez las, zaś efektów jednej tony tzw. zredukowanej emisji trudno się dopatrzyć.

– Czy, zdaniem Pana Profesora, sprawiedliwa transformacja polityki klimatycznej w przypadku takich krajów jak Polska, obwarowanych restrykcyjnymi regulacjami UE, jest możliwa?

– Nie można ot tak sobie od kogokolwiek domagać się sprawiedliwego traktowania. Trzeba je po prostu wymóc, zwłaszcza jeśli ma się do tego prawo oraz odpowiednie atuty. W 2007 r. ówczesny rząd PiS powołał Komisję Europejską przed Trybunał Sprawiedliwości UE z powodu zaniżenia limitu emisji dla Polski. Wtedy wygraliśmy z Komisją, ale następny rząd nie spożytkował tej wygranej.

– Dlaczego?

– Naprawdę nie wiem. Nie wiem, dlaczego nie stać nas na taką determinację w dbaniu o swe prawa, jaką mają inne kraje, np. Niemcy, które walczą z kornikiem przez wycinkę drzew. A my przeciwnie – zazwyczaj kładziemy uszy po sobie.

– Jak w sprawie kornika i Puszczy Białowieskiej?

– Powiem więcej – właśnie w tej sprawie nie szanujemy wyroku TSUE!

– Jak to? Przecież nie wycinamy już zakażonych drzew.

– Nie wycinamy, mimo że przecież nie ma w tym wyroku mowy ani o konieczności wstrzymania wycinki, ani o karach. Powiedziano tylko, że Polska uchybiła unijnym przepisom Natura 2000, ponieważ nie udowodniła, że nie będzie straszyła owadów i ptaków, że gdy będzie wdrażała proces naprawczy obszarów zaatakowanych przez kornika, spowoduje, być może, zakłócenie integralności obszarów z 2008 r. (wtedy włączono Puszczę Białowieską do sieci Natura 2000). Tyle że tej integralności już dawno tam nie ma! A my odpuszczamy nawet kornikowi.

Jan Szyszko
Profesor nauk leśnych, polityk, poseł na Sejm V, VI, VII i VIII kadencji, minister ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa w rządzie J. Buzka (1997-99), minister środowiska w rządach K. Marcinkiewicza i J. Kaczyńskiego (2005-07) oraz w rządzie B. Szydło (2015-17) i M. Morawieckiego (odwołany w styczniu 2018 r.). Laureat „Nagrody dla Pokoju” (2008), przyznawanej przez Papieską Akademię Nauk, Światową Federację Naukowców i Fundację Ettore Majorany za osiągnięcia naukowe m.in. w dziedzinie badań nad znaczeniem długofalowych zmian w systemie klimatycznym i nad ochroną klimatu, badań nad wymianą dwutlenku węgla między ekosystemem i atmosferą, nad ochroną środowiska i bioróżnorodności.

2018-12-05 11:05

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Szumowski: ponowne zamknięcie Polaków w domach raczej niemożliwe; obecnie epidemia wygasa (wywiad)

Ponowne zamknięcie Polaków w domach, ograniczenie ich aktywności zawodowej i społecznej jest raczej niemożliwe - powiedział w rozmowie z PAP minister zdrowia Łukasz Szumowski. Dodał, że w tej chwili jesteśmy na etapie wygaszania epidemii.

Minister zdrowia przyznał, że w tej chwili epidemia w wielu województwach jest "w formie szczątkowej". W niektórych diagnozuje się dziennie tylko pojedyncze zachorowania na COVID-19, a ich łączna dobowa liczba spadła poniżej 300. Nie można jednak założyć, że to już koniec. Niewykluczone, że dojdzie do wzrostu zachorowań jesienią, ale sytuacja wtedy będzie inna, bo przetarto już pewne ścieżki, wyprowadzono mechanizmy, działania, by skuteczniej przeciwdziałać jego rozprzestrzenianiu. Ponadto "nauczyliśmy się" żyć z tym wirusem, choć nadal do końca nie został on poznany.

Natomiast w kontekście wypełnienia jednego z dwóch możliwych scenariuszy, dotyczących niedzielnego głosowania na prezydenta, minister Szumowski stwierdził, że wybór prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wiąże się z niewiadomą, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, bo jego program, to "puste obietnice". Z kolei prezydent Andrzej Duda w ciągu swojej prezydentury podejmował inicjatywy ustawodawcze w wielu kwestiach zdrowotnych.

PAP: Jesteśmy już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o wybory. Możemy zatem "pogdybać". Realne są dwa scenariusze. Czego możemy spodziewać się w kontekście polityki zdrowotnej, gdyby doszło do reelekcji prezydenta Dudy, a czego, gdyby w pałacu prezydenckim pojawił się Rafał Trzaskowski?

Ł.Sz.: Trzeba zaznaczyć, że Rafał Trzaskowski był członkiem rządu Platformy Obywatelskiej i wówczas nie zabierał za bardzo głosu na temat nakładów na ochronę zdrowia, a przecież rząd jednak jest ciałem kolegialnym. Przez osiem lat rządów PO-PSL była tu stagnacja. Nakłady, jeżeli rosły to w bardzo ograniczonym zakresie. Dlaczego przez osiem lat ich rządów nie uchwalono takiej ustawy jak „ustawa 6 proc.”? Przypominam, że za rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentury Andrzeja Dudy taka ustawa powstała. Tylko do ubiegłego roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 30 mld zł. Na samą onkologię do 7,3 mld zł w 2019 roku z 4,9 mld zł z 2015 roku. Liczba refundowanych leków w leczeniu raka piersi zwiększyła się z dwóch do jedenastu. Dlaczego pan Trzaskowski będąc ministrem administracji i cyfryzacji nie zdecydował się wprowadzić informatyzacji w ochronie zdrowia: e-recepty, e-wizyty, e-skierowania? My to wszystko wprowadziliśmy.

PAP: Czy pana zdaniem jest możliwe, by nakłady na politykę zdrowotną wzrosły do 6 proc. PKB już w przyszłym roku? Ustawa przewiduje osiągnięcie tego pułapu za cztery lata. Prezydent Trzaskowski zapowiada m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę każdego Polaka do 3676 zł wobec 2757 zł już w 2021 roku, czyli w ujęciu do PKB do 6 proc. z 5,03 proc. planowanych w 2020 roku.

Ł.SZ.: To są puste obietnice. Gdy pan Trzaskowski jako minister w rządzie PO-PSL miał realną władzę, nie zabiegał, zresztą jak cały rząd, o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. A teraz nagle, jako kandydat na prezydenta, tak dużo o tym mówi. To jest niepoważne. Dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy podjął realną pracę w zakresie zwiększania finansowania służby zdrowia. Zwiększyliśmy wynagrodzenia, w tym urealniliśmy płace w zawodzie pielęgniarki czy ratownika. Te płace podstawowe wzrosły w sposób istotny, choćby od lipca wzrasta minimalne wynagrodzenie w sektorze ochrony zdrowia. Wzrosły wynagrodzenia rezydentów. To realne działania. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, którego członkiem był pan Trzaskowski, nie widzieliśmy tego.

PAP: Jednak przy spełnieniu scenariusza nazwijmy go "B", czyli sytuacji wygranej prezydenta Trzaskowskiego, będziecie panowie musieli ze sobą współpracować, znaleźć punkty styczności, bo chodzi przecież o zdrowie Polaków.

Ł.Sz.: Nie mam pojęcia, jakie by one były, bo program pana Trzaskowskiego jest bardzo enigmatyczny, wręcz zdawkowy. To są puste obietnice. Nie ma realnego programu. Natomiast prezydent Andrzej Duda zainicjował realne projekty, jak choćby regulację dotyczącą onkologii, czyli tzw. cancer plan, w którym są m.in. nowe szczepionki, których rząd PO-PSL nie chciał wprowadzić. My wprowadzamy szczepienie na HPV, które ratuje kobiety przed rakiem szyjki macicy. Dodatkowo z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mamy projekt ustawy o Funduszu Medycznym. To w tym roku 2 mld zł, w kolejnych 4 mld zł na konkretne działania.

PAP: Pozostawmy w tej chwili najgorętsze wydarzenia. Cofnijmy się do marca. Mijające cztery miesiące musiały być dla pana, jako ministra zdrowia, jak zły sen. Wysiłek, odpowiedzialność, nowe regulacje pisane i wprowadzane błyskawicznie, pod wpływem zmieniającej się sytuacji. Z jednej strony musiał pan dbać o to, by system dał radę, z drugiej było wiele niewiadomych. Wirus rozprzestrzeniał się. Nikt nie wiedział jak szybko i głęboko będzie atakował. Gdyby pan mógł cofnąć czas i miał tę wiedzę, co dzisiaj, jakich decyzji nie podjąłby pan? Co zmienił?

Ł.Sz.: Zawsze z perspektywy upływającego czasu można powiedzieć, że pewne rzeczy można byłoby przeprowadzić lepiej. Ale o tym wiemy zawsze po czasie. Decyzje ocenia się jednak po efektach. Jakie mamy efekty, każdy widzi. Spowolniliśmy rozprzestrzenianie się wirusa, zabezpieczyliśmy łóżka i niezbędny sprzęt. Każdy chory wymagający hospitalizacji otrzymywał miejsce w szpitalu. Każdy wymagający respiratora był do tego respiratora podłączany. W innych państwach tych możliwości zabrakło. Na pewno z tą wiedzą, którą teraz mamy, konkretniej dostroilibyśmy się do początkowej fazy epidemii. Chodzi np. o sieć szpitali jednoimiennych, transport pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewne zasady dotyczące triażu pacjentów można było lepiej na początku doprecyzować. Ale pamiętajmy, że to my jako pierwsi wprowadziliśmy jednoimienne szpitale zakaźne, które okazały się bardzo dobrym rozwiązaniem. W przypadku pozostałych szpitali pewnie wprowadzilibyśmy izolatki czy oddziały izolacyjne dla pacjentów oczekujących na wynik badania pod kątem obecności koronawirusa. Szybciej wprowadzilibyśmy zapewne także zakaz pracy w kilku miejscach dla personelu medycznego. Oczywiście z rekompensatą. To jednak, można by rzec niuanse, przy tym, co realnie udało się zrobić. Wystarczy punkt odniesienia. Popatrzmy na Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję. Popatrzmy na USA.

PAP: Przypuszczam, że niedługo czeka pana urlop, nabierze pan sił, ale czy jest pan gotów na drugie starcie z epidemią? Jak może ono wyglądać?

Ł.Sz.: W wielu krajach niestety obserwujemy ponowny wzrost zakażeń. Czytamy doniesienia o ponownym zamykaniu regionów i miast. W Polsce widzimy natomiast poprawę sytuacji i spadek zakażeń. Raporty wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych pokazują, że liczba zdiagnozowanych nowych przypadków ustabilizowała się na niższym poziomie niż jeszcze dwa, czy trzy tygodnie temu. W niektórych województwach są to już tylko pojedyncze przypadki. To pokazuje, że w wielu województwach epidemia jest w formie szczątkowej. Wirusa mamy znacznie, znacznie mniej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań przesiewowych u osób jadących do sanatoriów to z 18,5 tys. przebadanych - to gigantyczna grupa - tylko 30 osób jest chorych. To jest mniej niż 1,7 promila. Zrobiliśmy też przesiew u policjantów. Przebadaliśmy 3 tys. z nich i okazało się, że nie było żadnego chorego. To pokazuje, że w przesiewie populacji, nie w wyselekcjonowanych grupach, tego wirusa jest naprawdę niewiele. Stan epidemiczny w kraju uważam, że jest niezły i to nie na podstawie wymysłów, widzimisię, hipotez, ale na podstawie wyników badań.

PAP: Czego dowiedzieliśmy się o tym wirusie, patrząc na niego już z pewnej perspektywy i biorąc pod uwagę nasze doświadczenia?

Ł.Sz.: Powstały ostatnio prace mówiące na przykład o tym, że kod genetyczny niektórych osób daje mniejszą lub większą szansę na chorowanie i powikłania. Dowiedzieliśmy się też, że dość duża grupa osób choruje bezobjawowo, ale jest też grupa osób, dla których ma on poważne konsekwencje i w tym przypadku ta choroba ma bardzo ciężki przebieg. Wiemy, że zakaźność jest dość duża i zależy od samej formy zakażenia. Na przykład tylko 1/4 zakażonych górników, którzy w większości chorowali bezobjawowo, zaraziło swoje rodziny. To pokazuje, że u osób bezobjawowych ta zakaźność jest niższa. Myślę, że jeszcze długo, wręcz przez całe lata, będziemy analizowali te dane. Nadal uczymy się tego wirusa. Otwarte jest nadal pytanie, dlaczego tak mocno pozakażani byli górnicy? Być może wpłynęły na to warunki, w których pracują, czyli w kopalniach na dole, gdzie trudno zachować dystans i mamy dużą wilgotność powietrza.

PAP: Jeśli dojdzie do eskalacji choroby w następnych miesiącach, czy czekają nas kolejne obostrzenia? Czy gospodarkę i system opieki zdrowotnej będzie stać na ewentualne zamykanie wszystkiego na kłódkę, jak miało to miejsce w marcu i kwietniu? Tym bardziej, że oswoiliśmy już tego wirusa, lęk w społeczeństwie przed nim jest mniejszy, a zatem nie będzie już tak łatwo ograniczać aktywności społecznej i zawodowej Polaków, gdyby była taka konieczność.

Ł.Sz.: Pełnego lockdownu nie da się już przeprowadzić, zarówno z punktu widzenia medycznego, jak i gospodarczego. Gdyby naprawdę było niedobrze, wtedy można myśleć np. o większej kontroli kontaktów społecznych. Ale mam nadzieję, patrząc na te liczby w naszym kraju i krajach sąsiadujących, że nie będziemy mieli aż tak dramatycznego wzrostu. Trzeba też pamiętać, że mamy wypracowane już mechanizmy, procedury, szpitale jednoimienne, gotową sieć laboratoriów, testy genetyczne, szybkie testy na czas jesienny, by diagnozować możliwe zakażenia. To wszytko jest przygotowane. Będziemy też zachęcali do szczepień przeciw grypie.

PAP: Koronawirus schodzi na drugi plan, ale znowu powracają stare bolączki: rozpoczęta tylko w mikro stopniu reforma psychiatrii dziecięcej, kwestie chorób onkologicznych i rzadkich, kolejki do specjalistów, które jeszcze bardziej się wydłużą, bo pacjentów przybyło, przemęczony personel. Pojawiła się też nowa kwestia – lęk pacjentów przed bezpośrednim kontaktem z lekarzami, placówkami. Gdzie leżą największe wyzwania? Jakie są rokowania dla systemu zdrowia krótkofalowo i długofalowo? Czy uda się ten czas nadgonić, który jest też tak istotny w leczeniu?

Ł.Sz.: Należy pamiętać, że reformę psychiatrii rozpoczęliśmy od dorosłych. I ona w opinii psychiatrów poszła całkiem dobrze. Podobną reformę robimy w psychiatrii dziecięcej. Oczywiście koronawirus trochę zatrzymał postępowanie konkursowe dotyczące tworzenia poradni psychologiczno-psychoterapeutycznych. Jednak trzeba podkreślić, że dotychczas zakontraktowaliśmy 130 placówek z 300, które założyliśmy, że powstaną. Mam nadzieję, że teraz wszystko nabierze tempa i będziemy już niedługo mieli pełną sieć poradni. To, co epidemia przesunęła w czasie, to samą opiekę psychiatryczną nad dziećmi i młodzieżą. Wielu opiekunów wystraszyło się i przyjmowanie dzieci nie odbywało się w takiej formie i stopniu, jak zakładaliśmy. Korzystając jednak z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich pacjentów, by wracali do badań profilaktycznych. Nie obawiali się. Tak, jak mówiłem wcześniej, wirusa jest znacznie, znacznie mniej.

PAP: Jakie reperkusje dla światowej i polskiej polityki zdrowotnej będzie miało wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czy Pana zdaniem rzeczywiście WHO działała zbyt opieszale, jeśli chodzi o reakcję na rozprzestrzenianie się wirusa?

Ł.Sz.: Na pewno WHO prezentowała dość chwiejne komunikaty na temat epidemii. Na tej podstawie wszystkie państwa wprowadzały zaś swoje działania. WHO mówiła na początku wyraźnie, że prawdopodobieństwo przejścia wirusa do Europy jest znikome lub bardzo niskie. Potem zmieniła zdanie. Po doświadczeniach Lombardii, wszyscy się przestraszyli i zobaczyli do czego ten wirus jest zdolny. Ale on nadal nie jest dobrze poznany. Trudno mieć za złe ekspertom, że zmieniają swoje zdanie na temat epidemii, jeśli wirus jest znany od miesiąca. Wydaje się też, że na decyzji USA o wyjściu z WHO zaważył nie tylko koronawirus. Nie tylko on był przedmiotem rozbieżności. Jest szereg różnych innych spraw, z którymi administracja amerykańska się nie zgadza.

PAP: Niewątpliwie ta decyzja rzutuje na postrzeganie Światowej Organizacji Zdrowia...

Ł.Sz.: Pamiętajmy, że WHO była postrzegana w różny sposób. Przez wiele lat kwestie światopoglądowe były przemycane w różnych aktach prawnych WHO. Ostatnio wspólnie z USA pisaliśmy negatywne stanowisko do jednej z takich akcji. Z drugiej strony WHO działa bardzo sprawnie w krajach trzeciego świata. Propaguje tam wiedzę medyczną, zachowania prozdrowotne. Światowa Organizacja Zdrowia nie jest ani biała, ani czarna.(PAP)

autorka: Klaudia Torchała

tor/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Carlo Acutis, przyszły błogosławiony nastolatek: Eucharystia to moja autostrada do nieba

2020-07-09 08:17

[ TEMATY ]

duchowość

Eucharystia

błogosławieni

vaticannews.va

W centrum duchowości Carla Acutis, nastolatka który w październiku ma być ogłoszony błogosławionym, było codzienne spotkanie z Panem w Eucharystii, która dla niego „była Jezusem realnie obecnym na świecie, tak jak w czasach apostołów uczniowie mogli oglądać Jego, Człowieka z krwi i kości, kiedy przechodził ulicami Jerozolimy”.

Często mawiał: „Eucharystia to moja autostrada do nieba!”. I powiedzenie to stanowi syntezę jego duchowości i trzon jego egzystencji przeżywanej w przyjaźni z Bogiem. Kiedy Carlo był jeszcze bardzo mały, mama podarowała mu pluszowego baranka o białym runie. To był jego pierwszy prezent. Chłopiec często się nim bawił i bardzo dbał o tę swoją zabawkę. Wydaje się, że ten baranek symbolizuje wielkie nabożeństwo do Jezusa Eucharystycznego.

Jak już powiedzieliśmy, Carlo, umierając, ofiarował swoje cierpienia w intencji papieża oraz za Kościół, zjednoczony z Chrystusem, który w trakcie każdej Mszy poświęca siebie samego w ofierze dla zbawienia ludzi. Życie tego chłopca stało się niczym Msza Święta, niczym życie niepokalanych baranków przeznaczonych na ofiarę podczas paschalnych uroczystości.

Eucharystia stała się najważniejszym punktem jego duchowości, jego Słońcem, które kontemplował pełen zachwytu, Słońcem jaśniejącym na mistycznym nieboskłonie, do którego postanowił wejść za wszelką cenę. Carlo mawiał: „Matka Boża jest jedyną kobietą w moim życiu!” i nigdy nie opuszczał „najzaszczytniejszego spotkania dnia”, czyli modlitwy na różańcu.

Carlo wiedział, że gdy się adoruje Przenajświętszy Sakrament przynajmniej przez pół godziny lub odmawia różaniec święty bądź w kościele, bądź w rodzinie, bądź też we wspólnocie, otrzymuje się odpust zupełny według warunków określonych przez Kościół.

To także z tego powodu często zatrzymywał się w kościele na adoracji, aby móc uzyskać odpust dla najbardziej potrzebujących dusz w czyśćcu. Mawiał: „Według mnie wielu ludzi nie pojmuje prawdziwie i dogłębnie znaczenia Mszy Świętej. Gdyby wszyscy zdawali sobie sprawę, jakim ogromnym szczęściem obdarzył nas Pan, dając nam pokarm, czyli Hostię Świętą, chodziliby do kościoła codziennie, aby uczestniczyć w spożywaniu owoców odprawianej Ofiary, a nie zajmowali się tyloma niepotrzebnymi sprawami!”.

Po Pierwszej Komunii Świętej Carlo, za zgodą swego przewodnika duchowego, który wiedział, jak wielkie jest jego nabożeństwo do Eucharystii, zaczął codziennie uczestniczyć we Mszy Świętej. Często powtarzał, że „dzięki owocom codziennej Eucharystii dusze ludzkie uświęcają się w sposób wręcz niezwykły i nie ryzykują, że znajdą się w jakimś niebezpieczeństwie, które mogłoby zaszkodzić ich zbawieniu”.

Naśladując pastuszków z Fatimy, podejmuje drobne wyrzeczenia w intencji tych, którzy nie kochają Pana Jezusa w Eucharystii. Ojciec duchowy chłopca o jego wielkim nabożeństwie do Eucharystii i szacunku do kapłanów tak pisze: „Carlo był obdarzony szczególną wrażliwością i zawsze wyczuwał, czy księża pobożnie celebrują Mszę Świętą, a kiedy orientował się, że nie angażują się wystarczająco, był zasmucony. Wiele razy mi mówił, że księża, «trzymając w dłoniach Chrystusa, powinni świadczyć o Panu z entuzjazmem i być pełnym światłości Jego odbiciem, a nie osobami, które mechanicznie, bez zaangażowania serca, powtarzają rytuał liturgiczny. Wtedy nie emanuje z nich wiara w Boga».

Carlo oddawał się także adoracji eucharystycznej przed lub po Mszy Świętej, aby «podziękować Jezusowi za wielki dar dla ludzi, jakim jest Jego żywa obecność w sakramencie Eucharystii». Nieraz prosił mnie o radę, jak przekonać do uczestniczenia w niedzielnej Mszy Świętej tych, którzy tego nie czynią. Powiedział mi też, że kiedy mówił o cudzie eucharystycznym z Lanciano i ukazaniu się pastuszkom z Fatimy anioła trzymającego Eucharystię, ludzie zdawali się doznawać natchnienia. Ja zawsze zachęcałem go do głoszenia słowa Bożego przy każdej nadarzającej się okazji. Byłem bardzo zadowolony, widząc jego wielki zapał apostolski, i żywiłem ogromną nadzieję, że pewnego dnia Carlo wybierze drogę kapłaństwa”.

Za każdym razem, kiedy Carlo przyjmował Jezusa Eucharystycznego, modlił się: „Jezu, rozgość się w moim sercu! Potraktuj je jako swój dom!”, często też powtarzał: „Ci, którzy każdego dnia przyjmują Eucharystię, pójdą prosto do nieba!”.

Carlo wielokrotnie powtarzał też te słowa: „Jezus postępuje bardzo oryginalnie, ponieważ chowa się w malutkim kawałeczku Chleba. Tylko Bóg może zrobić coś tak niewiarygodnego!”.

______________________________

Zapowiedziana na październik br. w Asyżu beatyfikacja młodego Włocha Carlo Acutisa już teraz budzi duże zainteresowanie medialne w Stanach Zjednoczonych. Stacja telewizyjna NBC i szereg innych środków przekazu w tym kraju przedstawiły programy poświęcone temu 15-latkowi, zmarłemu w 2006 na białaczkę, który ofiarował swe cierpienia w intencji Kościoła i papieża. Wielu uważa go za „geniusza internetu” i widzi w nim przyszłego patrona tej międzynarodowej sieci.

W artykule zawarte są fragmenty z książki: „Eucharystia. Moja autostrada do nieba”, wyd. eSPe. Sprawdź więcej: Zobacz

eSPe

CZYTAJ DALEJ

Pomoc dla niepełnosprawnych

2020-07-10 21:02

Pomoc dla niepełnosprawnych

Dzięki wparciu Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i innych instytucji udało się utrzymać wiele miejsc pracy. Podjęto ograniczenie ryzyka zakażenia m.in. w Domach Pomocy Społecznej.

Środowiskowe Domy Samopomocy, Warsztaty Terapii Zajęciowej, Centra Integracji Społecznej i inne placówki wsparcia dziennego, do których uczęszczają osoby z niepełnosprawnościami zostały zamknięte 11 marca, jednak mimo że nie prowadziły swojej standardowej działalności, otrzymywały stuprocentowe dofinansowanie do swoich działań. Jak informuje Ewa Kopolovets, dyrektor Wydziału Polityki Społecznej i Zdrowia Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego w Kielcach, przed ponownym otwarciem placówek wojewoda dostarczył do nich środki ochrony osobistej, tj. maseczki, płyny do dezynfekcji, przyłbice i fartuchy.

– Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej rozstrzygnęło też konkurs na programy z Funduszu Solidarnościowego. W przyszłym tygodniu wojewoda podpisze umowy na dotacje z jednostkami, które otrzymają wsparcie w ramach programu "Opieka Wytchnieniowa" oraz na usługi opiekuńcze dla osób niepełnosprawnych. Łącznie przekazane zostanie wsparcie w wysokości prawie sześć milionów złotych – informuje Ewa Kopolovets.

Andrzej Michalski, dyrektor oddziału świętokrzyskiego Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, podkreślił, że PFRON przez cały czas wspiera pracodawców, którzy zatrudniają osoby z niepełnosprawnościami. – Od 1 kwietnia zwiększyliśmy dofinansowanie do wynagrodzeń osób z niepełnosprawnościami, jak również dodatki za schorzenia specjalne. Wspieramy także zakłady aktywności zawodowej, które miały problemy w tym okresie. Mogą one uzyskiwać rekompensaty do wynagrodzeń dla osób niepełnosprawnych – wylicza dyrektor Michalski.

Do tej pory w całym kraju przyznano 49 takich rekompensat na kwotę 600 tysięcy złotych. Dzięki pomocy PFRON-u od początku pandemii udało się utrzymać 280 tysięcy miejsc pracy osób niepełnosprawnych.

– Żadne nie zostało zlikwidowane. Nie stracili pracy także pracownicy zatrudnieni w placówkach świadczących pomoc dla osób niepełnosprawnych, nawet gdy ich działanie zostało czasowo wyłączone lub ograniczone – uzupełnia senator Krzysztof Słoń.

Alina Rogula, dyrektor Domu Pomocy Społecznej im. św. Brata Alberta przy ul. Żeromskiego w Kielcach, podkreśla, że dzięki wsparciu finansowemu uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej i ich rodziny mogli łatwiej przetrwać kryzys, który nadal trwa.

– Ta sytuacja najbardziej dotknęła Domy Pomocy Społecznej. W nich nie da pracować się zdalnie i ciężko jest zachować dystans, bo z człowiekiem trzeba być blisko. Nasze mieszkanki nie mogą korzystać z wyjść, a odwiedziny są tylko przez szybę i to jest dla nich dużym problemem – stwierdza.

Od początku pandemii, w województwie świętokrzyskim, przypadki zakażenia koronawirusem odnotowano w trzech Domach Pomocy Społecznej.

Oprac. A.D.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję