Choć od jej śmierci minęło ponad 1,7 tys. lat, wciąż jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci pierwszych wieków chrześcijaństwa. Jej imię – Łucja, od „światła”, od wieków symbolizuje nadzieję, która nie gaśnie nawet wtedy, gdy wszystko wokół tonie w mroku. Jej życie przypadło na czasy brutalnych prześladowań, a jej wybory – na moment, w którym bycie wiernym swoim przekonaniom oznaczało realne zagrożenie życia.
Zamożna panna z Sycylii
Reklama
Łucja urodziła się pod koniec III wieku w Syrakuzach na Sycylii, w czasach, kiedy chrześcijaństwo wciąż było religią prześladowaną. Pochodziła z bogatej rzymskiej rodziny, dobrze sytuowanej i szanowanej w lokalnej społeczności. Jej ojciec – jak podają niektóre źródła – był Rzymianinem, a matka, Eutychia – zhellenizowaną Syryjką, która przez lata cierpiała na przewlekłą chorobę. Już jako dziecko Łucja odznaczała się wyjątkową wrażliwością i głęboką religijnością. Nie interesowały jej ani majątek, ani pozycja towarzyska. Wzrastała w świecie, który dla kobiet z jej sfery miał zaplanowaną przyszłość: dobre małżeństwo, spokojne życie, opieka nad domem. Łucja jednak miała inne plany. Składając w sercu prywatny ślub czystości, postanowiła poświęcić życie Chrystusowi. Wiedziała, że to decyzja, która prędzej czy później przysporzy jej problemów. Jej matka, nie znając postanowień córki, zaaranżowała zaręczyny z młodym poganinem z wpływowej rodziny. Łucja nie chciała go poślubić. Wiedziała, że jej serce należy do kogoś innego. Była jednak zbyt rozsądna, by buntować się otwarcie. Decyzje kobiet niewiele wówczas znaczyły, dlatego modliła się i szukała drogi. Gdy Eutychia poważnie zachorowała, Łucja zabrała ją do Katanii, do grobu św. Agaty. Tam modliła się o uzdrowienie matki i... została wysłuchana. Matka wyzdrowiała, a wdzięczna za cud zgodziła się na zerwanie zaręczyn. Kiedy jednak narzeczony dowiedział się, że Łucja chce zrezygnować z małżeństwa i rozdać swój posag biednym, poczuł się oszukany. Doniósł na nią władzom rzymskim, oskarżając o wyznawanie wiary chrześcijańskiej.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Nie do pokonania
Były to czasy cesarza Dioklecjana, jednego z najbardziej bezwzględnych prześladowców chrześcijan. Donos oznaczał wyrok. Łucja została aresztowana, a potem była przesłuchiwana i torturowana. Według hagiografii, próbowano ją złamać groźbami, biciem i upokorzeniem, chciano ją zmusić do złożenia ofiary bogom i porzucenia Chrystusa. Kiedy odmówiła, wydano na nią hańbiący wyrok: miała zostać zmuszona do pracy w domu publicznym. Ale, jak głosi pobożna legenda, wtedy wydarzył się cud. Kiedy strażnicy zgodnie z wyrokiem chcieli siłą zabrać ją do domu publicznego, nie byli w stanie poruszyć jej ciała. Próbowali wszystkiego: najpierw rękami, potem linami, a nawet zaprzęgli woły, by odciągnąć ją z miejsca. Nic nie zadziałało. Łucja, chociaż fizycznie była delikatną dziewczyną, pozostała niewzruszona, jakby jakaś niewidzialna siła ją chroniła. Oczywiście, czuła strach i ból, ale wewnętrzna siła, płynąca z wiary, okazała się silniejsza niż jakakolwiek ludzka przemoc.
Nieugięta w ogniu
Reklama
Cesarz Dioklecjan rządził twardą ręką, jego edykty przeciwko chrześcijanom były wyjątkowo brutalne. To za jego panowania miała miejsce tzw. wielka persekucja, czyli ostatnia i zarazem najbardziej intensywna fala prześladowań przed ostatecznym triumfem chrześcijaństwa w cesarstwie rzymskim. W tym właśnie czasie młoda Łucja została wciągnięta w wir wydarzeń, których nie szukała, ale których nie unikała. Po tym, jak nie udało się jej upokorzyć ani przekupić, wymyślono coś, co miało złamać ją raz na zawsze: skazano ją na spalenie żywcem. Miała być pokazowym przykładem, że „tak kończą ci, którzy się sprzeciwiają”. Ale Łucja nie dawała się podporządkować nawet prawom natury – tak przynajmniej twierdzi tradycja. Płomienie, które miały ogarnąć jej ciało, nie zrobiły jej krzywdy. Świadkowie mówili, że trwała spokojnie, jakby ogień jej nie dotyczył. Czy to był cud? A może tylko legenda przekazywana z ust do ust, z pokolenia na pokolenie? Niezależnie od odpowiedzi opowieść ta stała się jednym z filarów kultu św. Łucji, opowieścią o kobiecie, która nie poddała się sile przemocy.
W końcu kiedy żaden ze sposobów nie przyniósł oczekiwanego efektu, wydano rozkaz przebicia jej mieczem. To miała być egzekucja szybka i skuteczna. Ale nawet wtedy, według przekazów, Łucja nie zamilkła. Miała wypowiedzieć prorocze słowa, że Kościół zazna pokoju po jej śmierci. Niezależnie od tego, jak dokładnie wyglądały ostatnie minuty jej życia, jedno jest pewne: nie zgasła jak świeca, którą unicestwia podmuch prześladowań. Odeszła z płomieniem w sercu, który miał jeszcze długo rozświetlać mrok nie tylko Sycylii, ale również całej chrześcijańskiej Europy.
Światło w ciemności
Imię Łucja pochodzi od łacińskiego słowa lux – światło. I rzeczywiście: to, co zostawiła po sobie, to opowieść nie tylko o męczeństwie, ale i o świetle, które nie gaśnie. Świetle, które staje się symbolem nadziei, odwagi i wierności, nawet wtedy, gdy wszystko wokół zdaje się tonąć w mroku.
Z biegiem wieków historia Łucji zaczęła obrastać w legendy. Jedna z nich, choć późna, zapadła w ludzką pamięć najmocniej – to ta o oczach na tacy. Według średniowiecznej tradycji, oprawcy chcieli wydłubać jej oczy, by odebrać jej to, co symbolizowało piękno i światło. Inna wersja mówi, że to sama Łucja ofiarowała swoje oczy Bogu jako znak czystości i oddania. Niezależnie od interpretacji obraz dziewczyny trzymającej na misie własne oczy stał się jednym z najbardziej wyrazistych przedstawień świętości, która polega nie na ucieczce od cierpienia, ale na jego przeżywaniu z godnością i sensem. Z czasem Łucja została patronką niewidomych i osób zmagających się z chorobami wzroku – nie tylko dosłownie, ale i duchowo. Bo przecież „widzieć” to nie tylko kwestia oczu, to także odwaga, by dostrzegać to, co najważniejsze: dobro, prawdę, obecność Boga tam, gdzie inni widzą tylko ciemność.
Nieprzypadkowo jej wspomnienie przypada 13 grudnia, w wielu krajach bowiem to czas najdłuższych nocy w roku. W szwedzkiej tradycji dzień św. Łucji stał się świętem światła. Dziewczęta w białych sukniach, z czerwonymi szarfami i koroną ze świec na głowie przechodzą w uroczystych procesjach, niosąc bułeczki z szafranem i śpiewając pieśń o nadziei. W krajach Północy, gdzie ciemność bywa długa i gęsta, postać Łucji przypomina, że światło zawsze wraca, nawet jeśli trzeba na nie poczekać. W kulturze chrześcijańskiej Łucja to nie tylko postać z zamierzchłej przeszłości. To ktoś, kto pokazuje, że wewnętrzne światło może przetrwać każdy mrok, jeśli tylko nie pozwolimy go zgasić. W czasach niepewności, hałasu i moralnych kompromisów św. Łucja nie daje gotowych recept, ale przypomina, że nawet wtedy, gdy wszystko w nas woła, by się poddać, można zostać wiernym.
