Olbrzymie okna na przestrzał, między nimi, sporych rozmiarów blat, mnóstwo pędzli, kredek, desek, różnej wielkości obrazów już skończonych albo dopiero co zaczętych. I stos wydruków uchwyconych chwil. To tło. W roli głównej spokojny i pełen optymizmu głos. Monika Sawionek, częstochowska malarka, która rozkochała się w ikonach.
Symbol na początek
Zawsze było jej blisko do św. Ojca Pio. Piętnaście lat temu miała bardzo wymowny sen. Co istotne – jej mąż prowadził wtedy własną działalność, a ona pracowała w przedszkolu jako plastyczka. – Śniło mi się, że staliśmy razem w kolejce do św. Ojca Pio. Jacek wszedł do niego pierwszy i wyszedł bardzo szczęśliwy, niemal w podskokach. Kiedy przyszła moja kolej, zapytałam zakonnika, dlaczego mój mąż jest taki zadowolony. A on odparł, że Jacek już wie, co ma w życiu robić. Mnie z kolei pokazał piec, w którym pali się ogień, a w ogniu – ikony, ale one się nie spalają. Zrozumiałam, że przez modlitwę ikony są trwałe i bardzo ważne jest to, by je malować. Ten sen bardzo mocno trwa wciąż we mnie, zwłaszcza że następnego dnia mój mąż dostał swoją wymarzoną pracę, o którą starał się od dłuższego czasu. Dla mnie był to znak, że mam się trzymać ikon.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Wtedy Monika była już po swoim pierwszym kursie pisania ikon. Trafiła na niego zresztą też jakby opatrznościowo. Najpierw nie miała pieniędzy, a kiedy dostała od znajomej potrzebną kwotę, okazało się, że nie ma już miejsc. I wtedy znów – inna znajoma ze względów osobistych musiała zrezygnować z udziału w kursie, robiąc tym samym miejsce Monice.
Potem przygoda z ikonami tylko się rozwijała. Kolejny kurs. Od innych uczyła się już w praktyce bardziej zaawansowanej techniki. Wkrótce przyszła propozycja prowadzenia pierwszych warsztatów pisania ikon. Stopniowo odkrywała, że jest to dla niej życiodajne. I tak ikony towarzyszą jej cały czas.
Ikona to dla mnie...
...spotkanie z Bogiem. Spotkanie i odkrycie świętego, którego wizerunek maluję – wyznaje malarka. – Zawsze wcześniej czerpię wiedzę na temat konkretnej postaci, wtedy łatwiej mi ją zrozumieć i nadać wizerunkowi coś z siebie. Ale ikona to też moje przeżywanie dnia. Forma wyciszenia, swego rodzaju autoterapii. Zwłaszcza w chorobie, którą przeżywam – mówi. Monika cały czas szuka dla siebie najlepszej formy leczenia i jednocześnie stawia czoła codzienności żony i matki trzech synów. – Pisanie ikon to dla mnie takie światełko, coś, co daje mi dużo radości. To sposób na odejście od trudu, na nadanie większego sensu życiu.
Przyznaje, że w ten sposób stworzyła sobie swój własny świat, który ją wycisza, a czasem prostuje. – To nie magiczny sposób na rozwiązanie problemów czy ucieczka od zwyczajności, od tego, co mnie dotyka, ale forma oddechu.
Przesłanie...
Reklama
Bardzo ważną część twórczości Moniki, absolwentki malarstwa na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, stanowi malarstwo. Pejzaże przeniknięte światłem, żywe kolory, kontrasty, wyraziste punkty – to jego cechy charakterystyczne. Tworzy je na desce temperą, taką techniką jak ikony. – Sporo w nim pierwiastka dziecięcego, zaczerpniętego z codziennego życia moich dzieci. To takie moje dwa światy, które się przenikają – tłumaczy Monika.
A co przez swoją twórczość chce przekazać innym? – Najkrócej: optymizm, radość życia, życie. Kiedyś malowałam depresyjne obrazy. W pewnym momencie odrzuciłam taki styl, nawet niektóre prace spaliłam. Pomyślałam, że za dużo jest w życiu cierpienia, żeby jeszcze nim epatować. Zaczęłam skupiać się na tym, żeby mimo trudów dawać ludziom radość, przekazywać optymizm. Dlatego w moich obrazach jest sporo światła, koloru. I motywów dziecka, bo dziecko to życie, radość, energia, afirmacja świata. W ikonach z kolei przekazuję swoją wrażliwość, wyciszenie, spokój. I moje spotykanie Boga. Bo On przychodzi w zwyczajnej codzienności, w modlitwie, od której zawsze zaczynam tworzenie ikony. Wierzę, że Pan Bóg prowadzi mnie właśnie w takiej zwyczajności, że tam mnie przemienia.
Ta najważniejsza ikona?
Odpowiada zdecydowanie: Matka Boska Częstochowska. – Pamiętam, że 25 lat temu na Jasnej Górze zawierzyłam Maryi moje bycie artystką. Zostawiłam Jej wtedy mój maleńki obraz olejny. Od wielu lat jest też ciągle we mnie żywe pragnienie malowania różnych odsłon Jej jasnogórskiego wizerunku... w kwiatach. Nareszcie w zeszłym roku zaczęłam je realizować. Mam tu możliwość dania czegoś od siebie, nadania swojego rysu, charakteru.
Reklama
Równie ważne są dla artystki ikony, które od początku do końca powstawały w niej, w których mogła przedstawić swój sposób rozumienia świętych, miłości Boga. To m.in. ikony Ludwika i Zelii Martin – rodziców św. Teresy od Dzieciątka Jezus czy rodziny Ulmów. Przed kilku laty spod jej ręki wyszła też ikona zatytułowana Wróć do Ojca. Obok syna marnotrawnego na ramionach Chrystusa Ukrzyżowanego każdy może odnaleźć samego siebie i tych, którzy potrzebują modlitwy. Bo taki też jest cel ikony – odnaleźć w niej siebie i spotkać się z Bogiem.
* * *
Malarstwo Moniki Sawionek, czyli droga wypełniona światłem – tym codziennym, pełnym życia i energii, i tym rodzącym się w ciszy, które prowadzi do Boga. A jeśli ktoś, patrząc na jej obrazy, choć na chwilę poczuje to światło i afirmację życia, to znaczy, że – jak mówi artystka – warto było wziąć pędzel do ręki.
Monika Sawionek
Malarka, scenograf, instruktorka ceramiki, ikonopisarka. Ukończyła studia na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie – studiowała malarstwo i scenografię; autorka i współautorka wielu wystaw. Więcej na: monikasawionek.pl .
