Nasz czas na ziemi, nasze tu i teraz – skomplikowane i rozchwiane – wymaga stałego rachunku sumienia. Dlaczego nie przeprowadzić go na podstawie siedmiu grzechów głównych? Dotknąć miejsc, które bolą najbardziej, tematów, którymi żyje cała Polska. Bo one, trochę jak w krzywym zwierciadle, pokazują naszą prawdziwą twarz – grzeszność i świętość. Zaczniemy od chciwości, a skończymy na pysze.
"Żyją na kocią łapę" – mówiło się kiedyś. Dzisiaj to określenie brzmi jak nazwa fundacji pomagającej bezdomnym zwierzętom. Zastąpił je „wolny związek”, czyli konstrukcja równie logiczna jak sucha woda, bezalkoholowa wódka i uczciwy kłamca. Związek oznacza przecież, że coś zostało związane. Jeśli nic mnie nie wiąże, to nie jestem w związku. Jestem w pobliżu. „Wolny związek” oznacza najczęściej: jestem z tobą, ale zostawiam sobie prawo do życia tak, jakbym z tobą nie był. Chcę twojej bliskości, ale nie roszczeń; twojego ciała, ale nie prawa do mojego jutra. Chcę, żebyś kochał mnie bezwarunkowo, pod warunkiem że ja żadnych warunków podpisywać nie będę.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Rozwiązłość jest zresztą słowem genialnym: roz-wiązać. Najpierw rozwiązaliśmy związek seksu z małżeństwem, potem z wiernością, płodnością i odpowiedzialnością, wreszcie próbujemy rozwiązać go z miłością. Człowiek przeciął wszystkie sznurki, które krępowały jego autonomię, po czym ze zdumieniem odkrył, że nic go już z nikim nie łączy. Chciał być wolny. Został rozwiązany. Dzieci kwiaty cokolwiek podwiędły.
Oczywiście nie zaczęło się to od hippisów. Jednego z przodków dzisiejszej rewolucji seksualnej można szukać tam, gdzie nowoczesność zaczęła zmieniać samo pojęcie małżeństwa. Rewolucja francuska potraktowała je jako kontrakt cywilny, a w 1792 r. zalegalizowała rozwód. To był potężny zwrot: skoro dwoje autonomicznych ludzi zawiera umowę, to dwoje autonomicznych ludzi może ją rozwiązać. Ponad 100 lat później bolszewicy ruszyli dalej. Po 1917 r. Rosja stała się laboratorium nowego człowieka, więc rewolucja musiała wejść również do jego domu, rodziny i sypialni. Radykalnie uproszczono rozwody (można było przeprowadzić go korespondencyjnie bez woli partnera, za małą opłatą), zmieniono prawo rodzinne, a część ideologów marzyła o stopniowym zaniku tradycyjnej rodziny.
Reklama
Nie twierdzę, że Lenin wynalazł Tindera. Historia jest bardziej skomplikowana, choć zestawienie profilowego zdjęcia Lenina z opcją „przesuń w lewo” ma niewątpliwy urok. Wspólny jest jednak pewien odruch: więź zaczyna być podejrzana, bo ogranicza autonomię. A przecież każda wielka miłość ogranicza autonomię. Noworodek jest wręcz małym faszystą: budzi o trzeciej, żąda jedzenia, nie respektuje work-life balance i kompletnie ignoruje twoją potrzebę samorealizacji. Tyle że właśnie dzięki takim „ograniczeniom” człowiek czasem po raz pierwszy odkrywa, że istnieje coś ważniejszego od niego. Rewolucja seksualna obiecała rzecz niezwykle atrakcyjną: przyjemność bez rachunku. Seks bez ciąży, bliskość bez odpowiedzialności, intymność bez wierności, rozstanie bez winy. Stworzyliśmy nawet pojęcie „bezpiecznego seksu”. Bezpiecznego przed czym? Przed zakażeniem – zazwyczaj. Przed nieplanowaną ciążą – nade wszystko. Ale gdzie kupuje się prezerwatywę przeciw wykorzystaniu? Szczepionkę przeciw samotności? Tabletkę „dzień po” na złamane serce? Jak zabezpieczyć człowieka przed doświadczeniem, że ktoś poznał każdy centymetr jego ciała i nie miał najmniejszej ochoty poznać jego życia?
Coś jednak zaczynamy rozumieć, skoro państwa europejskie próbują ograniczać dzieciom dostęp do pornografii i wprowadzać skuteczniejszą weryfikację wieku. Scena jest makabrycznie zabawna: najpierw zbudowaliśmy gigantyczny przemysł seksualnych bodźców, potem wręczyliśmy dzieciom smartfony będące całodobową przepustką do tego świata, a teraz zatrudniamy prawników, informatyków i urzędników, żeby dzieci tam nie weszły. To trochę jak podpalić dom, rozdać mieszkańcom kanistry, a następnie zwołać konferencję o innowacyjnych metodach przeciwpożarowych. I jeszcze jeden paradoks: nigdy nie otaczało nas tyle erotyki i nigdy tak konsekwentnie nie próbowaliśmy oddzielić seksu od płodności. Mamy być wiecznie pobudzeni i możliwie bezpłodni. Pożądać – tak. Rodzić – ostrożnie. Ciało ma działać, ale najlepiej, żeby nie robiło tego, do czego biologicznie również służy. To już nie jest wyzwolenie seksualności. To jej demontaż.
Reklama
I właśnie tutaj chrześcijaństwo zostaje zupełnie źle zrozumiane. Ono nie mówi, że seks jest brudny. Mówi coś o wiele bardziej skandalicznego: seks jest zbyt wielki, żeby nic nie znaczył. Nie pyta człowieka: „pragniesz za dużo?”, lecz pyta: „dlaczego zgadzasz się na tak mało?”. Na ciało zamiast człowieka. Na noc zamiast życia. Na zainteresowanie zamiast miłości. Na „zobaczymy, co z tego będzie”, zamiast „nie opuszczę cię aż do śmierci”. Przez lata masowa kultura próbowała nam wmówić, że największym dowodem wolności jest odwaga porzucenia małżonka. A może jest zupełnie odwrotnie? Najbardziej wolny jest ten, kto może odejść, ale potrafi zostać, chce wyrzucić męża, ale przekracza siebie i trwa. Wierność nie jest brakiem możliwości. Jest dobrowolną rezygnacją z tysiąca możliwości dla jednej osoby. Człowiek niewierny potrzebuje ciągle nowych drzwi. Człowiek wierny znalazł dom.
Rozwiązłość jest więc ostatecznie bardziej smutna niż podniecająca. Obiecuje tysiąc ciał, tysiąc początków, tysiąc profili i tysiąc drzwi pozostawionych na wszelki wypadek otwartych. Tyle że kiedy gaśnie ekran, człowiek wcale nie marzy o tysiącu możliwości. Chce jednej niemożliwej rzeczy: żeby ktoś poznał go całego i nie uciekł. Żeby chciał go nie tylko dziś wieczorem, ale i jutro rano; kiedy przytyje, zachoruje, przestanie imponować, a życie okaże się długie, zwyczajne i pozbawione filtrów. Rozwiązłość oszukała nas nie dlatego, że obiecała zbyt wiele – obiecała potwornie mało. Ale przekonała człowieka stworzonego do miłości, że szczytem wolności jest możliwość wymiany partnera. Nauczyła go być pożądanym, ale nie nauczyła być kochanym.
Diagnoza jednak nie jest wyrokiem. Francja – po ceremonii otwarcia paryskich igrzysk, która dla wielu stała się symbolem rozseksualizowania kultury i szyderstwa z sacrum – właśnie przeżywa coś na kształt narodowych rekolekcji. Podczas pielgrzymki Leona XIV tłumy wiernych szły za papieżem przez Paryż, Lourdes i Metz. Na papieską Mszę św. w Paryżu przybyły setki tysięcy ludzi, a księża spowiadali dziesiątki tysięcy penitentów pod gołym niebem, pośród ulicznego zgiełku. Nie znaczy to, że jedna pielgrzymka wymaże skutki dekad rewolucji obyczajowej, tej zbrodniczej rewolucji francuskiej opiewanej na salonach Europy. To oznacza, że pod warstwą cynizmu i hałasu wciąż żyje pragnienie Boga, prawdy, czystości i sensu. Francja nie jest skazana na bycie własną karykaturą, tańczącą już nie kankana, ale rozpaczliwe porno show na rurze. Zarówno Francja, jak i cała Europa nadal mogą się nawrócić i zawiązać na powrót to, co rozwiązała rozwiązłość. Świat parszywieje, ale walka trwa. A jeśli człowiek wciąż tęskni za miłością, która nie ucieka, to nie wszystko zostało ostatecznie rozwiązane.
