Reklama

Był kierowcą Prymasa

Niedziela warszawska 21/2001

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Przez 30 lat był kierowcą Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Pan Stanisław Maciejak ma dziś 90 lat, ale wspomnienia są wciąż świeże. Po uwolnieniu Prymasa z uwięzienia w Komańczy pan Maciejak w towarzystwie bp. Choromańskiego i rodzonego ojca Księdza Prymasa przywiózł kard. Wyszyńskiego do stolicy. Kilka dni potem pan Stanisław usłyszał: " Pojutrze jedziemy do Gniezna" - w ten sposób otrzymał angaż na etatowego kierowcę Głowy Kościoła w Polsce.

- Pamiętam pierwsze spotkanie z Księdzem Prymasem w Komańczy - opowiada pan Maciejak. - Byłem wtedy kierowcą biskupa Choromańskiego. W sobotę Prymas został przewieziony z Prudnika do Komańczy. W poniedziałek pojechaliśmy tam z bp. Choromańskim i ojcem Księdza Prymasa. Spotkanie nie obyło się bez łez. Ksiądz Prymas był bardzo wyniszczony fizycznie. Zawsze miał bardzo szczupłą posturę, ale tym razem bardzo wychudł. Można by powiedzieć: skóra i kości. Dopiero w ciągu roku pobytu w Komańczy zregenerował swoje siły. W tym czasie 3-4 razy odwiedziliśmy Księdza Prymasa z jego ojcem i z bp. Choromańskim. Podczas spacerów zawsze byliśmy w zasięgu wzroku esbeków.

Z Komańczy do Warszawy

Reklama

Mijał prawie rok od pobytu Księdza Prymasa Wyszyńskiego w Komańczy. Pewnego dnia do Kurii przyszło wezwanie na rozmowę do Cyrankiewicza. - Pojechaliśmy w godzinach przedpołudniowych z ks. Władysławem Padaczem - opowiada pan Stanisław. - Ks. Padacz udał się na rozmowę, ja oczekiwałem na niego w samochodzie. Potem wezwano również mnie. "Zobowiązujemy Pana ścisłą tajemnicą. Pojedzie pan do Komańczy po kardynała Wyszyńskiego" - zwrócił się do mnie Cyrankiewicz. Przykazano nam też, że mamy wrócić do Warszawy następnego dnia, ale nie wcześniej niż przed godz. 19.00. Po południu ruszyliśmy z bp. Zygmuntem Choromańskim do Komańczy. Jechaliśmy w towarzystwie ORMO-wców dowodzonych przez Zenona Kliszkę.

Do Sanoka dotarliśmy na godz. 22.00. Nasza "ochrona" zrezygnowała z dalszej jazdy. Z Zagórza do Komańczy pozostało jeszcze 30 km górskiej drogi. Wraz z bp. Choromańskim dotarliśmy do celu podróży po godz. 24.00. Dopiero rano zobaczyliśmy się z Księdzem Prymasem. Kardynał o swoim powrocie do Warszawy dowiedział się dzień wcześniej. Miał powiedzieć wówczas: "Od trzech lat mówiłem, że powinienem być w Warszawie, a nie tu".

Z naszą "ochroną" spotkaliśmy się ponownie w Sanoku. Oni uzupełnili zapasy benzyny przy urzędzie SB. Myśmy stanęli w długiej kolejce do stacji benzynowej. Zdenerwowany Kliszko przysłał do nas kierowcę, żebyśmy się pospieszyli. Bał się, że może dojść do manifestacji. Ludzie zaczęli się już gromadzić. Mówili "Patrzcie, Wyszyńskiego przewożą. To się zamaskowali". Całą drogę jechaliśmy tak, żeby być nie wcześniej niż na 19 w Warszawie. Wszystko miało się odbyć w największej tajemnicy. Mimo to, na dziedzińcu kurii przy Miodowej czekał na nas tłum ludzi. Ksiądz Prymas z balkonu domu witał warszawiaków.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Pojutrze jedziemy do Gniezna

Reklama

Wkrótce po powrocie do stolicy Prymas Wyszyński wezwał do swojego sekretariatu kierowcę zatrudnionego w kurii warszawskiej. "Pojutrze jedziemy do Gniezna" - powiedział do pana Maciejaka. Pan Stanisław był zaskoczony w najwyższym stopniu. - Powiedziałem wtedy - wspomina - proszę Eminencji, ja mam zamówione jazdy u księży biskupów. - Jeździłem wówczas z bp. Choromańskim i bp. Majewskim. Ksiądz Prymas powtórzył tylko "Pojutrze jedziemy do Gniezna". W ten sposób otrzymałem angaż na kierowcę Księdza Prymasa.

Najczęściej jeździliśmy do Gniezna. Zwykle dwa razy w miesiącu. Wyjazdy były na kilka dni, czasem na tydzień. W samochodzie z nami jeździł przez kilka lat ks. Padacz. Przez kilka lat, aż do czasu swojej śmierci, był kapelanem Księdza Prymasa. Potem kapelanem oddelegowanym na Gniezno był przez kilkanaście lat obecny Prymas Józef Glemp, zaś kapelanem warszawskim ks. prał. Bronisław Piasecki, obecny proboszcz parafii Najświętszego Zbawiciela.

Zawsze jeździła za nami obstawa z UB, aż do czasów kiedy szefem partii został Edward Gierek. Kiedy wyjeżdżałem z Miodowej ruszał za nami ich samochód. Trzymali się w pewnej odległości za nami. Żeby ich zdemaskować dawałem znak światłami, że mogą nas wyprzedzić. Wtedy zostawali w tyle. Musiałem dostosować się do wszelkich przepisów, bo w każdej chwili mogli mnie zatrzymać i odebrać prawo jazdy.

Kiedy tak podróżowaliśmy, Ksiądz Prymas zwykle zajmował się pisaniem. "Wy sobie jedźcie, a ja będę robił korektę" - mówił do księdza kapelana i do mnie. Robił korekty do swoich kazań. Kiedyś powiedział, że najwięcej listów odpisywał w samochodzie. Auto było bardzo wygodne, do tego gabinetu nikt nie wchodził, nie przeszkadzał. Pisał na teczce trzymanej na kolanach. Proponowano, aby w samochodzie zamontować stolik. Sprzeciwiłem się temu pomysłowi. Przy szybkim hamowaniu mogłoby dojść do tragedii.

Podróż do Gniezna trwała zwykle około 3 godzin. W tej podróży i w innych, po całej Polsce, zgodnie z zaleceniem p. Ozimowskiego, lekarza Księdza Prymasa co dwie godziny zatrzymywaliśmy się na postój. - Jest to potrzebne dla krążenia i odpoczynku - powiadał doktor Ozimowski. Ksiądz Prymas dostosowywał się do tych zaleceń, chyba że mieliśmy mało czasu i nie można było lekceważyć kilku tysięcy osób czekających na uroczystości. Na uroczystości pojawialiśmy się punktualnie co do minuty. Jeśli przybyliśmy za wcześnie, czekaliśmy chwilę pod miastem. Ksiądz Prymas nie chciał zaskakiwać wcześniejszymi przyjazdami, kiedy nie wszystko jeszcze było dopięte na ostatni guzik.

Powołanie - kierowca

Swój angaż w sekretariacie Księdza Prymasa traktowałem raczej jako powołanie niż pracę. Praca zwykle ujęta jest w określonych godzinach. Służba - realizuje się kiedy jest taka potrzeba. Zwykle otrzymywałem od Księdza Prymasa grafik wyjazdów na cały tydzień. Nie miałem zmiennika. W domu byłem gościem. Moim zadaniem było przygotowanie samochodu do jazdy, zaprowadzenie na przegląd, wyczyszczenie, zatankowanie i bezpieczne dowiezienie Księdza Prymasa do celu. Najbardziej wyczerpująca była świadomość, że trzeba zdążyć na czas, obok świadomości kim jest mój pasażer. Czułem się odpowiedzialny za osobę Księdza Prymasa.

Jeździłem fordem i peugeotem. Od Polonii zagranicznej otrzymaliśmy citroena-chritslera. Auto było wygodniejsze, a jednocześnie bardzo wystawne. Z tego powodu Ksiądz Prymas nie lubił citroena. - Nie powinienem jeździć takim samochodem - mówił.

Woziłem Księdza Prymasa po mieście, jak również na wypoczynek wakacyjny do Fiszora, na Bachledówkę, do Choszczówki. Wraz z grupą składającą się z około 30 osób spędzaliśmy razem wakacje. Przyjeżdżał do nas kard. Karol Wojtyła.

Ojcze nasz

Reklama

Ksiądz Kardynał był bardzo otwarty i bezpośredni. Potrafił rozładowywać trudne chwile napięcia. Na trasach przejazdu witali nas ludzie. Zatrzymywaliśmy się wówczas. Ksiądz Prymas wychodził z samochodu. Pamiętam jak na trasie przejazdu na wizytację do Strzelna stała przy kapliczce grupa ludzi. Mieliśmy tyle czasu, że mogliśmy pozwolić sobie na zatrzymanie się. Przed grupę wystąpił wieśniak i mówi: "Witam Cię, Witam Cię..., o choroba wszystko zamoczyłem". Niewiasty zaczęły strofować: "Jak tak to gębę ma, a z kapelusza nie umie przywitać się". Kardynał odpowiedział wtedy: "Bracie kochany, jak będę jechał drugi raz to przypomnisz sobie".

Podczas wizytacji w miejscowości nad Gopłem Księdza Prymasa witał nauczyciel z sumiastymi wąsami. Tak bardzo się zestresował, że zaczął recytować: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje...". Od tego czasu Prymas prosił, aby zamiast "Eminencjo" zwracano się do niego "Ojcze".

Żelazne kwiaty dla Prymasa

Tak naprawdę nie wiedzieliśmy jakie niebezpieczeństwa czyhają na nas ze strony władz. Pamiętam pewne wydarzenie z czasów, kiedy zacząłem wozić Księdza Prymasa. Ksiądz Prymas przemawiał w kościele św. Anny. Stałem przy samochodzie na dziedzińcu kościoła. Podszedł do mnie jegomość w kapeluszu, ciemnych okularach, z wysoko postawionym kołnierzem. Zapytał: "Czy pan jeździ z Księdzem Prymasem". Potwierdziłem. " Proszę powiedzieć Księdzu Prymasowi, żebyście unikali nocnych jazd" . Najwyraźniej należał do grona tych, którzy chcieli nas ostrzec.

W diecezji gorzowskiej przemieszczaliśmy się pomiędzy dwiema miejscowościami. Przed nami jechał samochód z biskupem gorzowskim. Wyprzedził nas łazik. W pewnym momencie samochód biskupa gorzowskiego zawirował. Okazało się, że złapał gumę. W oponie utkwiły gwoździe. Nie znalazły się na drodze przypadkowo. Były specjalnie przygotowane - wbite w metalową blaszkę. Nie pojechaliśmy dalej tą trasą. Zrobiliśmy objazd nadrabiając 7 km. Gwoździe zabrał ze sobą bp Choromański. Przy najbliższej rozmowie z przedstawicielami rządu wysypał gwoździe na biurko i powiedział: "Niech pan minister patrzy jakimi kwiatami witają Prymasa".

Porwanie obrazu

Jednym z trudniejszych wydarzeń dla Kościoła w Polsce było porwanie obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej po uroczystościach we Fromborku. Obraz po nabożeństwie miał być przewieziony do Nowego Dworu, stamtąd do kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, skąd w procesji planowano go przenieść do archikatedry warszawskiej.

- W czasie nabożeństwa we Fromborku stałem na boisku w gronie innych kierowców - opowiada pan Maciejak - spoglądałem na mój samochód. W pewnej chwili podszedł do auta pan "w szortach". Był to pułkownik bezpieki. Rękoma zaczął mierzyć wielkość kufra samochodu. Po nabożeństwie wezwano mnie na plebanię. Ks. Stanisław Piotrowski i ks. Jerzy Baszkiewicz - ówczesny proboszcz parafii św. Jana, katedry w Warszawie, zwrócili się do mnie, abym zabrał obraz do bagażnika samochodu, ponieważ zaczyna się jakieś zamieszanie. Choć należę do osób bardzo ugodowych odmówiłem. Powiedziałem, że bez zgody Księdza Prymasa obrazu do samochodu nie wezmę. Wyczułem, że SB będzie chciało zabrać od nas obraz. Jak wówczas wyglądałby Ksiądz Prymas. Obraz trafił do żuka, którym zaplanowano wcześniej jego przewiezienie. Zaproponowałem, aby do tego samochodu wsiedli jako konwojenci biskupi. Razem z obrazem pojechali bp Musiel, o. Tomziński, ówczesny generał Zakonu Paulinów. W eskorcie jechały jeszcze trzy samochody z kapłanami. W jednym z nich był bp Dąbrowski. Około 10 km za Fromborkiem zatrzymała nas milicja. Kazano po kolei otwierać kufry samochodów. Kiedy zorientowano się, gdzie jest obraz, wydano polecenie, że wszyscy możemy odjechać, zostaje tylko żuk. Biskup Dąbrowski pertraktował długo z SB. Bezskutecznie. Zabrano żuka z obrazem. W samochodzie zostali o. Tomziński i bp Franciszek Musiel. Porwanych podrzucono w samochodzie nocą w Warszawie na Dziekanię. Z Warszawy obraz przewożony był do Katowic. Przed miastem zabrano go i odwieziono do Częstochowy, gdzie przebywał uwięziony w kaplicy na Jasnej Górze.

Kiedy rozwinęła się choroba Księdza Prymasa wiosną 1981 r. kto inny był pasażerem mojego samochodu. Wtedy przywoziłem do Prymasa lekarzy. 28 maja, kiedy przyszedłem rano do pracy, dowiedziałem się, że w nocy zmarł Ksiądz Prymas.

2001-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Św. Iwo - mniej znany święty

Iwo Hélory żył w latach 1253 -1303 we Francji, w Bretanii. Urodził się w Kermartin, w pobliżu Tréguier. Po ukończeniu 14. roku życia studiował w Paryżu na Wydziale Sztuk Wyzwolonych, później na Wydziale Prawa Kanonicznego i Teologii, a w Orleanie na Wydziale Prawa Cywilnego.

Po trwających 10 lat studiach powrócił do rodzinnej Bretanii. Do 30. roku życia pozostawał - jako człowiek świecki - na stanowisku oficjała diecezjalnego w Rennes, sprawując w imieniu biskupa funkcje sędziowskie. Zasłynął jako człowiek sprawiedliwy i nieprzekupny, obrońca interesów biedaków, za których nieraz sam opłacał koszty postępowania, a także - jako doskonały mediator w sporach. Później poszedł za głosem powołania i po przyjęciu święceń kapłańskich skupił się na pracy w przydzielonej mu parafii. Biskup powierzył mu niewielką parafię Trédrez, a po roku 1293 nieco większą - Louannec. Iwo od razu zjednał sobie parafian, dając przykład ubóstwa i modlitwy. W czasach, kiedy kapłani obowiązani byli odprawiać Mszę św. tylko w niedziele i święta, Iwo czynił to codziennie, niezależnie od tego, gdzie się znajdował. Często, chcąc pogodzić zwaśnionych, zanim zajął się sprawą jako sędzia, odprawiał w ich intencji Mszę św. - po niej serca skłóconych w jakiś cudowny sposób ulegały przemianie i jednali się bez rozprawy. Nadal chętnie służył wiedzą prawniczą wszystkim potrzebującym, sam żyjąc bardzo skromnie. Był doskonałym kaznodzieją. Iwo Hélory zmarł 19 maja 1303 r. W 1347 r. papież Klemens VI ogłosił go świętym. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci i bardzo szybko rozprzestrzenił się poza granice Bretanii. Kościoły i kaplice jemu dedykowane zbudowano m.in. w Paryżu i w Rzymie. Wiele wydziałów prawa i uniwersytetów obrało go za patrona, m.in. w Nantes, Bazylei, Fryburgu, Wittenberdze, Salamance i Louvain. Został pochowany w Treguier we Francji, które jest odtąd miejscem corocznych pielgrzymek adwokatów w dniu 19 maja. Warto też dodać, że do Polski kult św. Iwona dotarł stosunkowo wcześnie. Już 25 lat po jego kanonizacji, w 1372 r. jeden z kanoników wrocławskiej kolegiaty św. Idziego, Bertold, ze swej pielgrzymki do Tréguier przywiózł relikwie świętego. Umieszczono je w jednym z bocznych ołtarzy kościoła św. Idziego. Również po relikwie św. Iwona pojechał opat Kanoników Regularnych Henricus Gallici. Na jego koszt do budującego się wówczas kościoła Najświętszej Maryi Panny na Piasku dobudowano kaplicę św. Iwona, w której umieszczono ołtarzyk szafkowy z relikwiami. Niestety, nie dotrwały one do naszych czasów, w przeciwieństwie do kultu, który, przerwany na początku XIX wieku, ożył w 1981 r. Od tego czasu w każdą pierwszą sobotę miesiąca w kaplicy św. Iwona zbierają się prawnicy wrocławscy na Mszy św. specjalnie dla nich sprawowanej. Drugim ważnym miejscem kultu św. Iwona w Polsce jest Iwonicz Zdrój, gdzie znajduje się jedyny w Polsce, jak się wydaje, kościół pw. św. Iwona, z przepiękną rzeźbioną w drewnie lipowym statuą Świętego. Warto też wspomnieć o zakładanych w XVII i XVIII wieku bractwach św. Iwona, gromadzących w swych szeregach środowiska prawnicze, a mających przyczynić się do ich odnowy moralnej. Bractwa te istniały przede wszystkim w miastach, gdzie zbierał się Trybunał Koronny: w Piotrkowie Trybunalskim (zał. w 1726 r.) i w Lublinie (1743 r.). W obydwu do dziś zachowały się obrazy przedstawiające Świętego: w Piotrkowie - w kościele Ojców Jezuitów, w Lublinie - w kościele parafialnym pw. Nawrócenia św. Pawła. Istniały też bractwa w Przemyślu (XVII w.), prawdopodobnie w Krakowie (zachował się XVIII-wieczny obraz św. Iwona w zakrystii kościoła Ojców Pijarów), w Warszawie i we Lwowie. W diecezji krakowskiej czczono św. Iwona w Nowym Korczynie (w 1715 r. w kościele Ojców Franciszkanów konsekrowano ołtarz św. Iwona) oraz w Nowym Sączu, w kręgach związanych z Bractwem Przemienienia Pańskiego. Natomiast we Wrocławiu, w kaplicy kościoła pw. Najświętszej Marii Panny na Piasku, znajduje się witraż wyobrażający św. Iwo. Został on ufundowany w 1996 r. przez adwokatów dolnośląskich z okazji 50-lecia tamtejszej adwokatury.
CZYTAJ DALEJ

Peter Seewald, autor wywiadów z Benedyktem XVI: Był mądrzejszy niż dziesięciu laureatów Nagrody Nobla, a przy tym prosty i pobożny

2026-05-18 21:22

[ TEMATY ]

Benedykt XVI

Grzegorz Gałązka

Benedykt XVI

Benedykt XVI

To, co najlepsze, dopiero przed nami! O recepcie na udane życie i o nowej książce „Odkrywanie wieczności” rozmawiamy z Peterem Seewaldem, autorem bestsellerowych wywiadów z papieżem Benedyktem XVI.

DN: Peter, Jesteśmy zaszczyceni, że zgodziłeś się na wywiad. O czym w największym skrócie jest książka „Odkrywanie wieczności” i co Cię skłoniło do jej napisania?
CZYTAJ DALEJ

Oświęcim: powstał SOR, czyli... Specjalny Oddział Różańcowy

2026-05-19 18:56

[ TEMATY ]

modlitwa

Karol Porwich/Niedziela

W parafii św. Maksymiliana Męczennika w Oświęcimiu trwają intensywne przygotowania do uroczystości podniesienia świątyni do rangi sanktuarium, zaplanowanej na 4 października 2026 roku. W centrum tych działań znalazła się inicjatywa SOR - Specjalnego Oddziału Różańcowego, powołanego z inspiracji ks. Kamila Kaczora. Jej celem jest 20-tygodniowa, nieustanna modlitwa różańcowa w intencji dobrego przygotowania parafii i wiernych do tego historycznego wydarzenia.

Jak wspominają inicjatorzy przedsięwzięcia, początkowo pomysł zakładał stworzenie jednej 20-osobowej grupy modlitewnej, która codziennie odmawiałaby jedną dziesiątkę różańca. Szybko jednak okazało się, że inicjatywa przerosła pierwotne założenia - do SOR zgłosiło się ponad 120 osób, od dzieci po seniorów, tworząc rozbudowaną wspólnotę duchowej „osłony” dla przyszłego sanktuarium.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję