Reklama

Z moich krzyży czerpię siłę

Niedziela podlaska 34/2006

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

„Nie wstydźcie się krzyża (…). Podejmujcie krzyż. Brońcie krzyża. Nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w Waszych sercach, w życiu społecznym oraz rodzinnym”.
(Jan Paweł II)

Stanisława Banacha znają w Białowieży niemal wszyscy, nawet dzieci. „A, to ten Pan, który robi krzyże...” - przekrzykują się nawzajem Tomek i Marcin, by jak najszybciej zaspokoić ciekawość przybysza.
„To nasz Nikifor, złota rączka. Jego krzyże oraz inne rzeźby zdobią białowieski kościół, a także parafialny cmentarz. W końcu gdzież jego krzyży nie ma? Przed laty jeden z nich zawieziono do Rzymu i podarowano naszemu Papieżowi” - opowiada sędziwa Jadwiga Adamczuk, pamiętająca jeszcze czasy, gdy w Białowieży gospodarowali Niemcy, wyrąbując najprzedniejsze drzewostany.
Dom p. Stanisława jest schludny, stoi pośród drzew w samym środku Białowieży. Przed domem - prawdziwe „sanktuarium” z ciągle płonącym zniczem. To znak, że jego gospodarz jest człowiekiem wierzącym. Znicz przypominający Chrystusowe światło w kościele jest dla niego najlepszym drogowskazem.
Z legendarnym Nikiforem łączy Stanisława Banacha chyba tylko „ta wewnętrzna harfa”, o której mówi z uśmiechem, „że jeśli dźwięczy, żadne wichry nie zagłuszą wyobraźni”. Słusznej postury, o twarzy osmaganej wiatrem i nieustającym romansem z przyrodą - na pierwszy rzut oka „białowieski Nikifor” nie wygląda na artystę rzeźbiarza. Wspaniała wyobraźnia i manualna precyzja, które pozwalają mu z gałęzi drzewa albo z korzenia wydobyć umęczoną postać ukrzyżowanego Chrystusa, nie są jego zasługą - twierdzi stanowczo.
Niezrównany gawędziarz. Widać, że kocha ojczysty język. Jego mowa nasycona jest frazami najlepszych polskich pisarzy i poetów. Najbardziej ceni Juliana Ejsmonda - klasyka naszego pisarstwa myśliwskiego, bajkopisarza i tłumacza Owidiusza.
„To Ejsmond pierwszy pokazał mi baśniowość Puszczy Białowieskiej i romantyzm obcowania z naturą - zwierza się p. Stanisław. - Byłbym jednak niesprawiedliwy wobec mojej nieżyjącej już mamy, gdybym nie powiedział, że ów bakcyl romantyzmu wyssałem również z jej mlekiem. Towarzyszył mi on od maleńkości, kiedy jeszcze jako mały Stasio biegałem w krótkich majteczkach po mazurskich ścieżkach i łaziłem po drzewach w rodzinnej wsi Siedliska nieopodal Ełku. I o dziwo, kiedy moi rówieśnicy nie przepadali specjalnie za drzewami - ich szorstkimi gałęziami, zdradliwymi korzeniami - ja je kochałem. Drzewa zawsze były ze mną. A ja z drzewami. Ta miłość do drzew z pewnością wpłynęła na moją życiową decyzję - po podstawówce poszedłem do Technikum Leśnego w Białowieży. Tu mój wrodzony romantyzm zaczął nieco przegrywać z młodzieńczą krnąbrnością, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Na rok wyrzucono mnie ze szkoły i wysłano «po rozum» do Nadleśnictwa Szczebra, w samej głuszy Puszczy Augustowskiej.
Mieszkałem w zimnej leśniczówce. Samiusieńki. Jak pustelnik. I jak pustelnik rozczytywałem się w maleńkiej książeczce Tomasza a Kempis O naśladowaniu Chrystusa, którą przed wyjazdem dyskretnie włożyła mi do plecaka moja mama, nad wyraz bogobojna niewiasta. Wierzyła głęboko, że z tą lekturą nic złego nie powinno mi się przytrafić. I rzeczywiście, to był najlepszy «glejt» świata. Pomógł mi nie tylko się ustatkować, ale z pokorą znosić samotność, oddalenie, a przede wszystkim zasilał moją duszę. Dzięki tej książeczce nabrałem innego spojrzenia na świat. Nauczyłem się wsłuchiwać w najlżejszy poszum lasu i czerpać z niego poetyckie natchnienie: «W gałęzi każdej, w drzew każdej koronie, wszechmoc Twoją widzę, Panie...». Ten fragment wiersza umieszczam teraz na moich krzyżach, które ofiarowuję dobrym ludziom.
A zaczęło się wszystko tamtego jesiennego dnia - już po «augustowskiej banicji», kiedy wraz z kolegami z klasy, w ramach szkolnej praktyki, przedzierałem się przez puszczańskie knieje w poszukiwaniu wiekowych gatunków drzew - wspomina p. Stanisław. - W pewnym momencie zaczepiłem się nogą o coś leżącego w zbutwiałych liściach, że omal nie zaryłem nosem w ziemię. Odwróciłem się i zobaczyłem wystający spod gałęzi korzeń. Niezwykły, jak się okaże, korzeń. Gdy mu się przyjrzałem, przedstawiał ludzką postać. Przeszły mnie ciarki. Wyciąłem go. Usiadłem i położyłem korzeń przed sobą. Mijały minuty. Koledzy byli już daleko, a ja wciąż wpatrywałem się w tajemniczą postać. I im dłużej patrzyłem, tym bardziej ten ktoś stawał mi się bliższy. Wreszcie uświadomiłem sobie, że jest to sylwetka ukrzyżowanego Chrystusa. Cierniowa korona, wykrzywione ręce i nogi. Twarz niewyraźna, ale mnie się wydawało, że jest bardzo poraniona. Upadłem na kolana. Przeżegnałem się i zacząłem płakać.
Z moim Jezusem wróciłem do internatu, nikomu nic nie mówiąc. Schowałem Go do szafy. W nocy miałem przedziwny sen. Mój Jezus przemówił do mnie ludzkim głosem: «Szukałeś mnie, Stasiu, a Ja na ciebie czekałem...». Byłem w rozterce. Nie rozumiałem sensu tych słów. I nic nie robiłem. Niebawem we śnie znów usłyszałem te same słowa. Zdecydowałem się opowiedzieć tę historię dyrektorowi szkoły Tadeuszowi Mokrzyckiemu, wspaniałemu człowiekowi, który traktował mnie jak syna. «Masz wiarę i talent, Stasiu. Idź śladem znaków, które Pan ci kreśli» - poradził mi.
Słowa dyrektora Mokrzyckiego brzmiały niemal jak nakaz. Zabrałem się do roboty. W piwnicy internatu znalazłem dyskretne pomieszczenie, które zamieniłem na moją pracownię. Nie chciałem rozgłosu i ewentualnego podśmiewania się kolegów. Najpierw dłutem, później scyzorykiem, a na koniec zwykłym kawałkiem szkła dopracowywałem to, czego nie zrobiła natura. Nie przejmowałem się skaleczeniami na dłoniach. Największą trudność przysporzyła mi umęczona twarz Chrystusa. W wyobraźni miałem co najmniej kilkanaście wizji Jego oblicza, lecz wszystkie wydawały mi się niewystarczające. Nie oddawały ewangelicznej prawdy. Dlatego zostawiłem mego Zbawiciela takim, jakim Go stworzyła przyroda. Bez wyraźnych rysów twarzy. Obecnie rzeźba ta znajduje się w białowieskim kościele”.
Po maturze Stanisław Banach osiedlił się w Białowieży. Tu znalazł swoje miejsce na świecie. Podjął pracę w miejscowym nadleśnictwie, a później przeszedł do Białowieskiego Parku Narodowego. Tu także poznał swoją żonę. Założył rodzinę. Początkowo mieszkali w małej chałupince na skraju lasu - jakby pod okapem sośniny. Nie przelewało się, ale gospodarz domu nie narzekał.
„Nigdy nie chciałem być chińskim mandarynem noszonym w lektyce - mówi ze swadą.
- Krzyże, które robię, dodają mi wiary i nadziei. Do tej pory wykonałem ich ok. 10 tys., a tak naprawdę, to Bóg raczy wiedzieć, ile ich było. Były różne - malutkie, kilkunastocentymetrowe i ogromne, 4-5-metrowe. Wiele moich krzyży zdobi mogiły na białowieskim cmentarzu. Doczekałem się kilku wystaw w miejscowym muzeum i w szkole. Najwspanialszą jednak wystawą są dla mnie krzyże oraz inne rzeźby znajdujące się w kościele”.
„Niejeden artysta plastyk odwiedzający Białowieżę zazdrości Banachowi takiego spojrzenia na ukrzyżowanego Chrystusa - mówi proboszcz parafii ks. Andrzej Metel. - Jego prace wnoszą do rzeźbiarstwa sakralnego świeże tchnienie lasów, żywiczny zapach zagajów, poszum kniei. Mówią głosami zwierząt, ptaków i leśnych ludzi. Dzięki temu nasz kościół jest bardziej wpleciony w Puszczę Białowieską”.
Uwagę odwiedzających białowieską świątynię przykuwa stojący nieopodal oryginalny krzyż z wystylizowaną na ludowo figurą Pana Jezusa. „To rodzinny krzyż, moje przykościelne sanktuarium - wyjaśnia p. Stanisław. - Upamiętnia m.in. śmierć mojego wuja, brata mamy, Edwarda Cebelińskiego. Był wspaniałym człowiekiem. Zastępował mi ojca. Rodzony ojciec, o którym nawet nie warto mówić, zostawił mamę z trojgiem maleńkich dzieci, w tym mnie, na pastwę losu. Pamiętam, po śmierci wuja, kilka dni chodziłem po lesie w poszukiwaniu najokazalszego dębu, z którego wyrzeźbiłem później ten krzyż. Gdyż to był człowiek jak dąb. Jego niepowtarzalna osobowość przejawiała się nie tylko w tym, co mówił i czynił, ale nawet wtedy, gdy milczał. Mądry, dobroduszny, pobłażliwy, kiedy trzeba - natchniony i najbliższy. Taki, do którego się chciało powracać. I którego się chciało szukać...
Krzyż ten przez pewien czas stał na skraju puszczy, nieopodal mojego dawnego miejsca zamieszkania - w sąsiedztwie dwóch dorodnych brzóz. Swoimi konarami i długimi warkoczami dotykały one krzyża. Adorowały go, głaszcząc podczas podmuchu wiatru. Niestety, w tamtych czasach niektórych ludzi krzyż mocno kłuł w oczy. Zażądali ode mnie usunięcia go. «Po moim trupie!» - odpowiedziałem, broniąc mojego krzyża. Wtedy zagrozili, że przyjadą z milicją i sami go usuną. Skapitulowałem. Bałem się, że w nocy mogą zrealizować swój zamiar i wywieźć krzyż gdzieś na śmietnik. Po uzgodnieniu z Księdzem Proboszczem krzyż postawiłem na przykościelnym placu. I stała się rzecz przedziwna. W kilka dni po przeniesieniu krzyża jedna z brzóz podczas słonecznej i bezwietrznej pogody runęła na ziemię. Druga w mgnieniu oka zaczęła więdnąć i uschła. To był kolejny znak od Pana Boga”.
I choć w życiu Stanisława Banacha nie brakowało chwil, kiedy jedynie pomoc nieba trzymała go na duchu, to jednak optymistycznie i z nadzieją patrzy on na świat. „Jest jeszcze tyle piękna w Puszczy Białowieskiej, które muszę zawrzeć w moich krzyżach - mówi z zadumą. - One dają mi siłę nawet wtedy, jeżeli są w miniaturowym wymiarze. Słynny mitologiczny Anteusz zawsze się odradzał, kiedy dotykał ziemi. Ja się codziennie odradzam, kiedy dotykam drzewa. I moich krzyży”.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2006-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nie wystarczy namalować Boga

W niedzielne popołudnie, metropolita częstochowski, abp. Wacław Depo, przewodniczył uroczystej Mszy świętej, podczas której odsłonięto i poświęcono zabytkowy ołtarz główny w kościele św. Macieja Apostoła w Kruszynie. Tym samym, oficjalnie, zakończono trwające od 2018 roku prace konserwatorskie, które doprowadziły do przywrócenia dawnej świetności retabulum. Podczas Eucharystii obecni byli samorządowcy, przedstawiciele firmy zajmującej się pracami konserwatorskimi, poseł Lidia Burzyńska oraz licznie zgromadzona wspólnota parafialna.

– To była konieczność – zaznacza ks. Dariusz Con, wieloletni proboszcz parafii w. Macieja Apostoła w Kruszynie. Kościół i całe jego wyposażenie wpisane są do rejestru zabytków. To właśnie podczas okresowych oględzin stwierdzono bardzo zły stan zachowania ołtarza i konieczność przeprowadzenia interwencji konserwatorskiej.
CZYTAJ DALEJ

Bałam się mistyki - ona i tak mnie znalazła. O filmie „Mistyczka” i kobiecie, której historii nie chciałam opisać

2026-08-22 22:19

[ TEMATY ]

felieton

Alicja Lenczewska

Mat.prasowy

Dorota Chotecka-Pazura jako Alicja Lenczewska

Dorota Chotecka-Pazura jako Alicja Lenczewska

Jest w „Mistyczce” - filmie zrealizowanym przez Rafael Film o Alicji Lenczewskiej - jedna scena, po której nie sposób wyjść z kina obojętnym. Alicja zamawia Mszę świętą i wypowiada: „Chcę ofiarować swoje życie za życie mojego brata”.

Kilkanaście lat temu otrzymałam propozycję od jednego z wydawnictw, bym napisała biografię Alicji Lenczewskiej. Odmówiłam. Bałam się, i mówię to bez wstydu, że nie mam kompetencji, żeby pisać o kimś, kto rozmawia z Jezusem. Historię potrafię zweryfikować w archiwum, relację świadka mogę nagrać i opisać, medialne studium przypadku mogę przygotować, ale mistyka? Ona nie zostawia po sobie akt. Zostawia tylko zeszyty, w których ktoś zapisuje zasłyszane z Góry słowa. Gdy odmówiłam wydawcy, miałam poczucie, że w ten sposób zamknęłam ten temat na zawsze.
CZYTAJ DALEJ

Jasna Góra: kolejne piesze pielgrzymki przybywają na odpust Matki Bożej Częstochowskiej

2026-08-24 19:26

[ TEMATY ]

pielgrzymki

Monika Książek

Od rodziców z bardzo małymi dziećmi łapiącymi już „bakcyla” drogi, przez liczną młodzież, aż po kapłanów i siostry zakonne - Jasna Góra tętni życiem i tradycją przodków wraz z rozpoczęciem drugiego sierpniowego szczytu pielgrzymkowego. Przed zbliżającym się odpustem Matki Bożej Częstochowskiej, nazywanym „polskimi Imieninami Maryi”, do sanktuarium dotarły tysiące pątników. Przyszły wyjątkowo rodzinne i młodzieżowe kompanie, a także te, które na szlaku świętowały ważne jubileusze. Głównie z arch. łódzkiej, diec. radomskiej czy łowickiej,

Jedną z pierwszych grup, które zameldowały się dziś u celu, była 51. Piesza Pielgrzymka z Kaszewic w arch. łódzkiej. Grupa weszła na jasnogórskie błonia z flagami biało-czerwonymi, papieskimi i maryjnymi. - Kocham Maryję i nie wyobrażam sobie roku bez pielgrzymowania na Jasną Górę. A emblematy, które niesiemy, pokazują, co tak naprawdę jest dla nas w życiu ważne - powiedziała Stanisława Delek. Pątniczka dotarła do sanktuarium już po raz piętnasty. W tym roku prosiła szczególnie o nawrócenie dla męża oraz o to, aby jej dzieci zawsze trwały blisko Boga.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję